Franck Leboeuf wyrasta na symbol profesjonalizmu, który pozwolił Francji sięgnąć po historyczny triumf w 1998 roku. Choć początkowo pełnił rolę rezerwową, nagłe zawieszenie Laurenta Blanca rzuciło go na głęboką wodę prosto w finale przeciwko Brazylii. Jak sam przyznaje, to doświadczenie na zawsze zmieniło jego relacje z rodakami, którzy do dziś nie pozwalają mu zapomnieć o tamtym lecie.
Były obrońca Chelsea wspomina, że Aimé Jacquet nie rozmawiał z nim przez trzy dni poprzedzające wielki finał, co po latach stało się przedmiotem ich wspólnych żartów. Trener tłumaczył później, że miał do niego pełne zaufanie i nie widział potrzeby dodatkowych instrukcji. Leboeuf musiał zmierzyć się z ofensywną potęgą Canarinhos, mając naprzeciwko siebie takie legendy jak Ronaldo, Rivaldo czy Bebeto, którzy upatrywali w nim najsłabszego ogniwa francuskiej defensywy.
Wyjątkowa wdzięczność francuskich kibiców
Dla zawodnika mecz z Brazylią był najważniejszym występem w narodowych barwach, przyćmiewającym nawet sukcesy klubowe w Londynie. Leboeuf podkreśla, że reakcje ludzi na ulicach Paryża czy Marsylii są unikalne w skali światowej. Zamiast standardowych gratulacji, fani wybierają słowa, które niosą ze sobą znacznie większy ładunek emocjonalny i przypominają o wielkiej narodowej fecie sprzed lat.
„Francuzi, którzy ze mną rozmawiają, nie mówią 'dobra robota' – oni mówią 'dziękuję'. Każdego dnia słyszę: 'Och, panie Leboeuf, mistrzowie świata, dziękuję, to było niesamowite, co to była za impreza przez całe lato 1998 roku!'” – wyznał Franck Leboeuf. Piłkarz zaznacza, że tamten turniej był niepowtarzalny, ponieważ odbywał się we Francji, a zwycięstwo nad Brazylią nadało mu status legendy, której nikt nie zdoła wyrównać.
