Yamaha i jej satelicki zespół Pramac zbojkotują przyszłotygodniowy wyścig MotoGP w Katarze. Decyzja wywołała pytania o zaplanowaną na koniec listopada rundę Formuły 1, ale F1 na razie nie zamierza zmieniać kalendarza.
Napięcie przed Grand Prix Kataru narastało w padoku MotoGP już od pewnego czasu, a kilku zawodników wyrażało obawy związane z wyjazdem na Bliski Wschód. Yamaha jako pierwszy producent publicznie ogłosiła w niedzielę, że nie weźmie udziału w wyścigu. W odpowiedzi MotoGP wydało komunikat, w którym zagroziło sankcjami kontraktowymi i sportowymi. W Katarze zabraknie także Alexa Marqueza, który ma przejść zaplanowaną operację po ciężkim wypadku podczas majowego Grand Prix Katalonii.
F1 podtrzymuje plan, ale przygotowała alternatywę
MotoGP utrzymuje, że weekend wyścigowy na torze Lusail odbędzie się zgodnie z planem w dniach 6–8 listopada. W czwartek do Kataru poleciał Carlos Ezpeleta, zastępca dyrektora generalnego MotoGP, aby rozmawiać z lokalnymi władzami o gwarancjach bezpieczeństwa. Sprawa ma znaczenie również dla Formuły 1, ponieważ obie serie należą do Liberty Media. F1 ma pojawić się w Katarze trzy tygodnie po rundzie MotoGP, w dniach 27–29 listopada.
Formuła 1 przekazała, że decyzja Yamahy nie zmienia obecnych planów. W liście wysłanym do zespołów podczas weekendu wyścigowego w Meksyku, którego treść poznał Autosport, seria podtrzymała zamiar zakończenia sezonu wyścigami w Katarze i Abu Zabi. Zespoły uprzedzono o decyzji Yamahy, a w piśmie zaznaczono, że pozostali producenci oraz MotoGP jako całość nadal planują podróż do Kataru. F1 nie widzi obecnie powodu, by zmieniać własny harmonogram: od maja nie zmieniły się ani zalecenia dotyczące podróży, ani sytuacja ubezpieczeniowa.
Nie wszystkie okoliczności są jednak przesądzone. Jedną z najważniejszych niewiadomych mogą być wybory w połowie kadencji w Stanach Zjednoczonych. Na Bliskim Wschodzie obawiają się, że po nich konflikty mogą się jeszcze zaostrzyć. F1 ma plan awaryjny: Imolę. Organizatorzy w tym włoskim mieście otrzymali zgodę na rozpoczęcie przygotowań ponad sześć tygodni temu, w tym budowę tymczasowych trybun, co pozwoliłoby szybko zareagować, gdyby sytuacja bezpieczeństwa w regionie się pogorszyła.
Jeśli alternatywa nie będzie potrzebna, Formuła 1 zobowiązała się pokryć wszystkie koszty przygotowań w Imoli. Organizatorzy w regionie Emilia-Romania nie poniosą więc z tego tytułu ryzyka finansowego. W padoku F1 otwarta krytyka planów wyjazdu na Bliski Wschód zdarza się rzadziej niż w MotoGP. List do zespołów potwierdza, że kierowcy i ekipy mają zaufać Formule 1 oraz FIA, a publicznie utrzymać stanowisko prezentowane w ostatnich tygodniach. Podobne zalecenia pojawiały się wcześniej w związku z regulaminem technicznym.
W ostatnich tygodniach kierowcy i szefowie zespołów byli pytani o planowane rundy podczas konferencji prasowych, także w Meksyku. Laurent Mekies, szef zespołu Red Bull, przekonywał, że to FIA i Formuła 1 powinny ocenić sytuację na podstawie pełnych informacji i wydać odpowiednie wskazówki. Dodał, że zespoły nie prowadzą takiej samej analizy, dlatego polegają na tych organizacjach. Podobne stanowisko zajął szef Williamsa James Vowles.
Mekies przypomniał też, że logistyka i tak jest organizowana przez F1 oraz FIA. Zaznaczył, że dotychczasowe decyzje tych instytucji w podobnych sprawach najczęściej były trafne.
To typowe zadanie FIA i F1: podejść do sprawy jak najpełniej, dysponować kompletem informacji i wskazać nam kierunek. Ponieważ nie wykonujemy takiej samej pracy przy ocenie sytuacji, w pełni polegamy na nich i wierzymy, że podejmą właściwą decyzję. […] Logistyka i tak jest w dużej mierze organizowana przez F1 i FIA, więc wszyscy dobrze wiemy, jak to wygląda
W ostatnich tygodniach publicznie nieco bardziej krytycznie wypowiadali się tylko Max Verstappen i Carlos Sainz. Verstappen mówił, że zazwyczaj bardzo lubi podróżować na Bliski Wschód, ale gdyby decyzja zależała wyłącznie od niego, tym razem mógłby woleć ścigać się gdzie indziej. Sainz podczas konferencji prasowej w Austin stwierdził, że trudno mu na tym etapie w pełni uwierzyć w zapewnienia o bezpieczeństwie, niezależnie od tego, co mówią F1 i FIA.
Kierowca Williamsa zwracał uwagę na wydarzenia na Bliskim Wschodzie, wybory w połowie kadencji w Stanach Zjednoczonych oraz inne wydarzenia polityczne, które mogą nagle wpłynąć na sytuację w ciągu kolejnego półtora miesiąca. Gdy jednak z Sainzem porozmawiano, zawodnik jeszcze tego samego dnia zamieścił doprecyzowanie na grupowym czacie Williamsa. Podkreślił w nim, że również w pełni ufa Formule 1 i FIA w tej sprawie.
Wydają się bardzo przekonani, że wyścig się odbędzie. Z mojej osobistej perspektywy, nie mówiąc w imieniu GPDA, trudno mi teraz nabrać przekonania. Na Bliskim Wschodzie wciąż coś się dzieje, a do tego odbędą się wybory w Stanach Zjednoczonych i mogą pojawić się wydarzenia polityczne, które nagle wpłyną na sytuację w ciągu najbliższego półtora miesiąca. Uważam więc, że tak duża pewność jest przedwczesna
Gdy podczas spotkania z holenderskimi dziennikarzami w Meksyku przywołano słowa Sainza, Verstappen zareagował śmiechem. Zasugerował, że po wypowiedzi ktoś mógł porozmawiać z kierowcą Williamsa, i dodał, że takich rzeczy nie wolno mówić.
Później, pytany, czy nadal podtrzymuje wcześniejsze uwagi, Verstappen zaznaczył, że wiele zależy od tego, jakie gwarancje bezpieczeństwa zostaną przedstawione i co wydarzy się w kolejnych tygodniach. Zwrócił uwagę, że sytuacja w regionie nie jest całkowicie stabilna, więc nie wiadomo, co wydarzy się w przyszłym tygodniu.
Ktoś pewnie później z nim porozmawiał! Nie bardzo wolno mówić takich rzeczy
To zależy też od tego, co mogą zagwarantować w kwestii bezpieczeństwa i co wydarzy się w kolejnych tygodniach. Można teraz powiedzieć, że chce się tam jechać, ale nie wiadomo, co stanie się w przyszłym tygodniu, bo sytuacja w regionie wciąż nie jest całkowicie stabilna
Formuła 1 monitoruje rozwój wydarzeń, w tym wybory w połowie kadencji w USA. W komunikacji z zespołami podkreśla, że bezpieczeństwo jest najważniejsze i że w razie zmiany sytuacji podejmie „właściwą decyzję”. W grę wchodzą bardzo duże pieniądze, a z politycznego punktu widzenia żadna ze stron nie chce wysyłać sygnału o zmianie planów. F1 ma jednak więcej czasu na reakcję niż MotoGP, a przygotowania w Imoli dają jej dodatkową możliwość przeniesienia wyścigu.