Zaledwie 55 punktów rzuconych przez reprezentację USA w niedzielnym starciu z Włochami to najniższy wynik tej drużyny w mistrzostwach świata od 1971 roku. Choć faworytki zdołały wygrać 55:52, ich postawa w Berlinie wywołała falę krytyki i niedowierzania wśród kibiców zgromadzonych w Berlin Arena. Alexa Philippou z ESPN podkreśla, że tak słabej dyspozycji ofensywnej amerykański program nie widział od ponad pół wieku.
Największym rozczarowaniem okazał się występ Caitlin Clark, która po świetnym debiucie tym razem kompletnie zawiodła. Gwiazda Indiana Fever zakończyła spotkanie z dorobkiem zaledwie jednego punktu, trafiając zero rzutów z gry na sześć oddanych prób. Cały zespół USA zanotował fatalną, 29-procentową skuteczność, co niemal doprowadziło do jednej z największych sensacji w historii kobiecego basketu. Na cztery minuty przed końcem Włoszki prowadziły 50:48, a Amerykanki uratował dopiero zryw 7:0 w samej końcówce.
Włoszki blisko historycznego triumfu
Włoska ekipa postawiła niezwykle twarde warunki, a liderką ich zespołu była Cecilia Zandalasini. Zawodniczka rozegrała fenomenalne zawody, zdobywając 14 punktów i notując 7 zbiórek, będąc o krok od doprowadzenia do dogrywki w ostatniej akcji meczu. Jej rzut oddany pod presją równo z syreną okazał się jednak niecelny, co pozwoliło Amerykankom odetchnąć z ulgą. W ekipie USA jedyną zawodniczką z dwucyfrowym dorobkiem punktowym była Jackie Young, która uzbierała 10 oczek.
Mimo fatalnego stylu, Team USA z bilansem 2-0 zapewnił już sobie awans do ćwierćfinału mistrzostw świata 2026. Przed nimi ostatnie spotkanie fazy grupowej przeciwko reprezentacji Czech, które zweryfikuje, czy niedzielna niemoc była tylko wypadkiem przy pracy. Amerykanki weszły w turniej jako zespół nietykalny, ale starcie w Berlinie pokazało, że ich dominacja może zostać przełamana przez dobrze zorganizowaną defensywę rywalek. Włoszki natomiast o swoją przyszłość powalczą w bezpośrednim starciu z Chinami.
