Andrea Stella, szef zespołu McLaren, uważa, że obecne regulacje dotyczące jednostek napędowych wymagają dalszych poprawek. Choć Formuła 1 wprowadziła już pierwsze korekty mające poprawić widowisko w kwalifikacjach, zdaniem Włocha to wciąż za mało. Czas ucieka nieubłaganie.
Kluczem do sukcesu ma być ingerencja w samą konstrukcję silników, czyli tzw. hardware. Stella postuluje zwiększenie przepływu paliwa, co pozwoliłoby wycisnąć więcej koni mechanicznych z silnika spalinowego. To z kolei zmieniłoby balans energii, odciążając silnik elektryczny. Szef McLarena wskazuje również na konieczność stosowania większych baterii, aby bolidy nie traciły mocy zbyt szybko podczas wyścigu. Obecnie systemy odzyskiwania energii są niewystarczające względem czasu jej wykorzystywania na torze.
Techniczny impas i walka z czasem
Mimo jasnej diagnozy, zmiany nie wejdą w życie szybko. Realnym terminem jest dopiero rok 2028. Dlaczego nie wcześniej? Producenci silników potrzebują długiego czasu na przygotowanie nowych komponentów. Zwiększenie przepływu paliwa wymusza przeprojektowanie zbiorników i całego podwozia, a wiele zespołów planowało zachować obecne konstrukcje na kolejny sezon. Steve Nielsen z Alpine ostrzega, że przy limitach budżetowych każda taka zmiana to ogromne wyzwanie logistyczne i finansowe dla inżynierów.
Zupełnie inne zdanie ma Toto Wolff z Mercedesa. Choć nie wyklucza on optymalizacji przepisów w przyszłości, uważa, że Formuła 1 jest obecnie w świetnym miejscu. Jako przykład podaje wyścig w Miami, który dostarczył kibicom wielu emocji. Wolff sugeruje, że zamiast rewolucji w silnikach spalinowych, warto skupić się na trybach jazdy na prostych. Stella naciska jednak, by kluczowe decyzje zapadły przed letnią przerwą, dając producentom szansę na wdrożenie poprawek w 2028 roku.
