Emocje na korcie bywają dla niej równie ważne, co precyzyjny serwis czy potężny forehand. Aryna Sabalenka w szczerej rozmowie przyznała, że krzyk i rzucanie rakietą to nie tylko chwilowa utrata panowania nad sobą, ale przemyślana strategia przetrwania. Białorusinka nie zamierza przepraszać za swój temperament, który stał się jej znakiem rozpoznawczym w drodze na szczyt światowego tenisa.
W podcaście prowadzonym przez Andy'ego Roddicka liderka rankingu wyznała, że przez lata próbowała walczyć z własną naturą. Stosowała ćwiczenia oddechowe i liczenie do dziesięciu, byle tylko zachować spokój godny mistrzyni. Efekt był jednak odwrotny do zamierzonego. Próba bycia idealną i opanowaną osobą sprawiała, że negatywne emocje kumulowały się w niej, prowadząc do wewnętrznej frustracji, która paraliżowała jej grę.
Wybór wolności zamiast perfekcji
Tenisistka zrozumiała, że tłumienie agresji działa na nią destrukcyjnie. „Zdecydowałam, że jeśli muszę krzyczeć, jeśli muszę wrzeszczeć, jeśli muszę rzucić rakietą, zrobię to tak długo, jak długo mam nad tym kontrolę i nikogo nie ranię” – wyjaśniła Sabalenka. Sportsmenka woli zapłacić karę finansową za zniszczony sprzęt, niż pozwolić, by niewypowiedziana złość niszczyła ją od środka podczas najważniejszych wymian na korcie.
Dla 28-letniej zawodniczki kluczem do sukcesu stało się zaakceptowanie presji jako nieodłącznego elementu życia. Zamiast z nią walczyć, Sabalenka spycha ją na dalszy plan i skupia się wyłącznie na aspektach, na które ma realny wpływ. „Po prostu staram się przesuwać moją uwagę na rzeczy, które mogę kontrolować i starać się być lepszą każdego dnia” – dodała zawodniczka, która przystępuje do obrony tytułu w US Open jako główna faworytka turnieju.
