Emma Raducanu ponownie zaskoczyła tenisowy świat, decydując się na odnowienie współpracy z Andrew Richardsonem. To właśnie pod jego wodzą Brytyjka odniosła swój największy sukces, wygrywając US Open w 2021 roku jako kwalifikantka, by tuż po turnieju niespodziewanie zakończyć tę relację.
Powrót do dawnego szkoleniowca nastąpił w zeszłym miesiącu i już przyniósł pierwsze efekty w postaci finału turnieju w Queen’s Club. Mimo to, eksperci wciąż pamiętają okoliczności rozstania sprzed lat. Richardson wspominał, że po triumfie w Nowym Jorku chciał negocjować nowy kontrakt i miał gotowy plan rozwoju zawodniczki, jednak otrzymał jedynie krótki telefon od agenta z informacją o zmianie kierunku. Teraz, gdy drogi obu stron znów się skrzyżowały, środowisko tenisowe bacznie przygląda się tej niecodziennej dynamice.
Eksperci kwestionują stabilność i wybory gwiazdy
Tim Henman, były czwarty tenisista świata, przyznał otwarcie, że był zdziwiony decyzją o porzuceniu Richardsona w 2021 roku. Zwrócił uwagę na ogromną rotację w sztabie Raducanu, która w swojej krótkiej karierze współpracowała już z ośmioma lub dziewięcioma trenerami. „Szukałem spójności, ciągłości i budowania relacji – dlatego w ciągu 16 lat miałem tylko trzech trenerów” – ocenił Henman, podkreślając różnicę w podejściu do budowania kariery zawodowej.
Jeszcze ostrzej do sprawy podszedł John Lloyd. Były lider brytyjskiego rankingu poddał w wątpliwość samą decyzję trenera o powrocie do zespołu zawodniczki, która wcześniej tak nagle mu podziękowała. „Będąc szczerym, gdybym był Andrew Richardsonem, zastanowiłbym się bardzo długo przed zaakceptowaniem powrotu. To, co wydarzyło się po US Open, było dla mnie niewyobrażalne” – stwierdził Lloyd w rozmowie z Tennis365. Mimo tych kontrowersji, Henman wierzy w kompetencje Richardsona, zaznaczając, że świetnie rozumie on grę i zna Emmę od czasów jej wczesnej młodości.
