Julián Álvarez wyrasta na głównego bohatera transferowego trzęsienia ziemi w LaLiga. Jak donosi Mundo Deportivo, 26-letni Argentyńczyk może opuścić Atlético Madryt na rzecz Barcelony bez konieczności wpłacania astronomicznej klauzuli wynoszącej 500 milionów euro. Wszystko przez specyficzne przepisy hiszpańskiego prawa pracy, które dają zawodnikowi potężne narzędzie do ręki.
Kluczem do wolności napastnika jest Artykuł 16 Dekretu Królewskiego 1006/1985. Pozwala on sportowcowi na jednostronne rozwiązanie kontraktu bez podania przyczyny. W takim scenariuszu to nie klub dyktuje warunki, a sąd pracy wyznacza wysokość odszkodowania. Trybunał bierze pod uwagę okoliczności sportowe oraz straty klubu, co niemal na pewno skończyłoby się kwotą drastycznie niższą niż zapisane w umowie pół miliarda euro.
Barcelona czeka na ruch zawodnika
Sytuacja jest napięta, ponieważ Atlético Madryt już wcześniej odrzuciło ofertę Realu Madryt opiewającą na 150 milionów euro. Klub publicznie domaga się wpłaty pełnej klauzuli w gotówce, ale analiza prawna Ramóna Fuentesa zmienia układ sił. Jeśli Álvarez zdecyduje się na radykalny krok, federacja RFEF musiałaby zarejestrować go w nowym zespole, nawet jeśli spór finansowy z Atlético wciąż toczyłby się przed sądem.
Dla Barcelony to szansa na ominięcie finansowej blokady, choć wiąże się ona z ryzykiem prawnym. Katalończycy musieliby przejąć odpowiedzialność za odszkodowanie wyznaczone przez sąd. Atlético Madryt grozi skargami do FIFA, jednak precedens Antoine'a Griezmanna z 2019 roku pokazuje, że takie sprawy rozstrzyga krajowa federacja. Teraz ruch należy do Álvareza, który musi zdecydować, czy chce wejść na wojenną ścieżkę z obecnym pracodawcą.
