Red Bull wyrasta na coraz groźniejszego rywala dla czołowej czwórki Formuły 1 po obiecującym występie w Miami. Jak donoszą przedstawiciele zespołu, ekipa wykonała znaczący krok naprzód, choć Max Verstappen zaznacza, że to jeszcze nie jest ten sam poziom, co u liderów.
Laurent Mekies nie kryje radości z postępów, jakie poczynił zespół w ostatnich tygodniach. W Japonii strata do pole position wynosiła 1,2 sekundy, w Chinach równe 1,0 sekundy, natomiast w Miami spadła do zaledwie 0,166 sekundy w sobotnich kwalifikacjach. To jasny sygnał, że pakiet poprawek obejmujący nową podłogę, pokrywę silnika oraz przednie i tylne skrzydła zadziałał zgodnie z oczekiwaniami inżynierów. Red Bull po raz drugi w tym sezonie stał się drugą siłą w stawce, tuż za plecami Mercedesa.
Dramat Hadjara i pogoń Verstappena
Weekend w Miami miał jednak dwa oblicza. Isack Hadjar przeżył prawdziwy koszmar, zostając wykluczonym z kwalifikacji za nielegalną podłogę, by ostatecznie rozbić bolid na piątym okrążeniu wyścigu. Z kolei Max Verstappen, mimo startu z pierwszej linii, spadł na dziewiąte miejsce po błędzie na pierwszym kółku. Holender musiał przebijać się z końca stawki po wczesnym zjeździe do boksów, wykonując aż dziesięć manewrów wyprzedzania na dystansie 51 okrążeń, co pozwoliło mu dowieźć do mety piątą lokatę.
Mimo wyraźnej poprawy tempa wyścigowego, w Milton Keynes nikt nie popada w huraoptymizm. Laurent Mekies przyznaje, że zespół nie wycisnął jeszcze wszystkiego z obecnego pakietu, a konkurencja nie zamierza czekać z własnymi aktualizacjami. Kolejnym ważnym etapem dla Red Bulla ma być Grand Prix Austrii pod koniec czerwca. To właśnie wtedy do bolidu mają trafić nowe elementy redukujące wagę maszyny, co ma pomóc w ostatecznym dobiciu do limitu wagowego i nawiązaniu walki o najwyższe stopnie podium.
