Veljko Nikitović, nowy dyrektor sportowy Motoru Lublin, po raz pierwszy publicznie nakreślił strategię transferową Lublinianek — i od razu postawił sprawę jasno.
W Lublinie Nikitović zastaje klub po kilku bolesnych stratach kadrowych. Rok temu bez rekompensaty odszedł Samuel Mraz, najlepszy strzelec drużyny, a teraz Michał Król trafił do Wisły Płock, a Legia Warszawa przejęła bramkarza Ivana Brkicia,. W sprawie tego ostatniego nowy dyrektor nie kryje przekonania, że miał wpływ na możliwy inny obrót zdarzeń — gdyby objął stanowisko wcześniej,
„Brkić nadal mógłby być zawodnikiem Motoru". Jednak decyzja zapadła przed jego przybyciem i nie zamierza do niej wracać.
Teraz, po niecałych dwóch tygodniach w klubie i zaledwie dwóch obserwowanych meczach, Nikitović skupia się na sformułowaniu filozofii transferowej. Wspólnie z Jakubasem ustalili wyraźną granicę: Motor nie będzie wydawał pieniędzy na doświadczonych, ale niesprzedawalnych zawodników.
„Nie ma możliwości, żeby Motor wydawał pieniądze na transfery — powiedzmy — wiekowych piłkarzy" — mówi wprost.
Klub jest jednak otwarty na drogie transfery piłkarzy młodych i perspektywicznych, których wartość rynkową można później spieniężyć. Modelowym przykładem byłby tu ktoś pokroju Oskara Kubiaka — zawodnika, którego Nikitović sam ściągnął do Arki Gdynia i który już dziś cieszy się zainteresowaniem innych klubów.
Spekulacje medialne dotyczące Sebastiana Kerka, którego nowy dyrektor również sprowadził niegdyś do Gdyni, kwituje krótko:
„Na dziś nie ma takiego tematu".
Latem czeka go za to inne wyzwanie — ponad dziesięciu zawodnikom Motoru wygasają kontrakty. Priorytetem jest utrzymanie kręgosłupa drużyny, ale okno transferowe wymusi też roszady. Żadnych konkretnych ambicji ligowych Nikitović na razie nie deklaruje — mówi ostrożnie o „kolejnym kroku do przodu" i budowaniu solidnego zespołu. Przy okazji ma zdjąć z barków trenera Mateusza Stolarskiego i prezesa Łukasza Jabłońskiego ciężar obowiązków transferowych, którymi musieli zajmować się po odejściu Pawła Golańskiego.
Nowa rola nie sprawia, że Nikitović unika trudnych pytań o Arkę. Gdy pada pytanie o spadek z Ekstraklasy, odpowiada bez owijania w bawełnę:
„Nie zamierzam na nikogo zrzucać winy. Byłem tam odpowiedzialny za pewne obszary i teraz muszę przyjąć to na klatę".
Gdyby mógł cofnąć czas i zmienić jedną decyzję, wybrałby tę dotyczącą szkoleniowca — za wszelką cenę przekonałby Dawida Szwargę do pozostania w klubie do końca sezonu.
Sam Nikitović opuścił Gdynię po wygaśnięciu kontraktu. Jesienią ubiegłego roku zaproszono go na spotkanie z Jakubasem, a już następnego dnia poinformował o tej ofercie prezesa Arki Wojciecha Pertkiewicza i właściciela Marcina Gruchałę. Podkreśla, że nie chodziło o szantaż negocjacyjny — interesowała go jedynie długość nowego kontraktu w Gdyni, nie kwestie finansowe. Do porozumienia nie doszło, a rozstanie odbyło się bez animozji.
Ze swojego pobytu w Gdyni wychodzi z poczuciem dobrze wykonanej części pracy — współtworzył pion skautingu, przygotował grunt pod projekt Arka Lab i ściągnął zawodników, na których klub już dziś otrzymuje oferty. Ubolewa jednak, że tak zbudowane zaplecze nie zdołało uchronić Arki przed degradacją.
„To jest zbyt duży klub ze zbyt dużym gronem kibicowskim, żeby sprzeciętniał" — zaznacza, wyrażając przekonanie, że Gdynianie prędzej czy później wrócą do Ekstraklasy.
