Belgia wyrasta na zespół, który może wywołać największy wstrząs podczas trwającego turnieju. Dokładnie czterdzieści lat po słynnym ćwierćfinale w Meksyku, Czerwone Diabły ponownie zmierzą się z Hiszpanią na tym samym etapie rozgrywek. Tym razem areną zmagań będzie Los Angeles, ale stawka pozostaje identyczna: miejsce w najlepszej czwórce globu.
W 1986 roku Belgowie pod wodzą Guya Thysa wyeliminowali faworyzowaną La Roja po dramatycznej serii rzutów karnych. Decydującą jedenastkę wykorzystał wtedy Leo Van der Elst, a bohaterem został bramkarz Jean-Marie Pfaff. Tamto pokolenie, z takimi legendami jak Enzo Scifo czy Jan Ceulemans, jest do dziś wspominane jako niedoceniana grupa, która potrafiła przetrwać napór rywali i zadać decydujący cios w najmniej oczekiwanym momencie.
Duch przeszłości i nowa szansa w Los Angeles
Obecna sytuacja drużyny prowadzonej przez Rudiego Garcii przypomina tę sprzed dekad. Belgia przystępuje do meczu jako wyraźny underdog, co zdaniem obserwatorów może im sprzyjać. Po pełnym emocji zwycięstwie nad USA, zespół skonsolidował się wokół poczucia niesprawiedliwości, co całkowicie zmieniło trajektorię ich udziału w turnieju. Hiszpania pozostaje jednym z głównych kandydatów do tytułu, ale Belgowie wierzą, że historia lubi się powtarzać.
Ciekawym akcentem łączącym oba turnieje jest obecność Hugo Broosa, który w 1986 roku był częścią belgijskiej drużyny, a w 2026 roku prowadził RPA w fazie pucharowej. Jeśli Belgia zdoła przełamać hiszpańską defensywę i powtórzyć sukces z Puebli, w półfinale może trafić na Francję lub Maroko. Wygrana byłaby ogromnym szokiem, jednak po wyeliminowaniu Amerykanów nastroje w obozie Czerwonych Diabłów są bojowe.
