Prestiżowy turniej Queen’s Club w Londynie przegrywa rywalizację o największe nazwiska światowego tenisa z niemieckim Halle. Choć oba wydarzenia oferują identyczne nagrody finansowe, obsada w Niemczech jest miażdżąca, co wywołuje falę dyskusji o przyszłości brytyjskich kortów trawiastych.
Sytuacja stała się alarmująca, gdy w Halle pojawiło się aż sześciu zawodników z czołowej dziesiątki rankingu ATP, podczas gdy w Londynie jedynym przedstawicielem elity był Alex de Minaur. Główną przyczyną tego exodusu są brytyjskie przepisy podatkowe, które uderzają w sportowców znacznie mocniej niż te w Niemczech czy Holandii. Tenisiści w Wielkiej Brytanii muszą oddawać fiskusowi część zysków nie tylko z nagród, ale także z kontraktów sponsorskich, praw do wizerunku czy premii za występy, co drastycznie obniża ich realne zarobki.
Finansowa pułapka na brytyjskiej trawie
Andy Roddick, trzykrotny finalista Wimbledonu, otwarcie mówi o gigantycznej różnicy w dochodach, która sięga niemal połowy wygranej kwoty. „Jeśli wygrasz w Halle i wygrasz w Queen’s, otrzymasz tyle samo pieniędzy. Jednak twój zysk po opodatkowaniu to różnica rzędu 40 do 45 procent. To jest kluczowy czynnik” — przyznał Roddick w swoim podcaście. Amerykanin zauważył, że zawodnicy wolą wybierać turnieje, które nie generują tak ogromnych kosztów dodatkowych, co bezpośrednio wpływa na jakość drabinki turniejowej w Londynie.
Problem ten nie jest nowy, a środowisko tenisowe przypomina prorocze słowa Rafaela Nadala sprzed lat. Hiszpan już w 2011 roku alarmował, że gra na Wyspach staje się dla niego nieopłacalna ze względu na restrykcyjne podejście brytyjskiego urzędu skarbowego. „Prawda jest taka, że w Wielkiej Brytanii panuje surowy reżim podatkowy. Zabierają pieniądze od sponsorów, od Babolata, Nike i od moich zegarków. Gram w Wielkiej Brytanii i tracę pieniądze” — grzmiał przed laty utytułowany zawodnik z Manacor.
Eksperci wskazują, że nawet Roger Federer przez lata wybierał przygotowania w Halle zamiast w Londynie właśnie z powodów ekonomicznych. Agenci zawodników mieszkających w Monako czy Dubaju, gdzie nie płacą podatku dochodowego, są szczególnie wyczuleni na brytyjskie przepisy, które wymuszają na nich oddawanie znacznej części globalnych przychodów. Jeśli system nie ulegnie zmianie, Queen’s Club może na stałe stracić status jednego z najważniejszych przystanków przed Wimbledonem na rzecz turniejów w Europie kontynentalnej.
