Formuła 1 wraca na tor Sepang w okolicznościach, których nikt nie mógł przewidzieć. Z powodu trwającej wojny w Iranie, Grand Prix Bahrajnu zostało przeniesione do Malezji, co stawia dostawcę opon w niezwykle trudnym położeniu.
Włoski producent musi błyskawicznie przygotować się do wyścigu na obiekcie, którego królowa motorsportu nie odwiedzała od 2017 roku. Brak czasu na wysłanie inżynierów w celu przeprowadzenia nowych pomiarów nawierzchni zmusza firmę do opierania się na danych historycznych. Dario Marrafuschi, dyrektor Pirelli Motorsport, przyznał, że kluczowe będą wyniki sprzed dziewięciu lat. Wtedy stosowano mieszanki medium, soft i supersoft, co odpowiada dzisiejszemu zakresowi od C2 do C4. Wybór ten ma zagwarantować balans między strategią a wytrzymałością ogumienia.
Logistyczny wyścig z czasem i widmo mroźnego finału
Nagła zmiana lokalizacji wymusza rezygnację z transportu morskiego na rzecz znacznie droższego frachtu lotniczego. Marrafuschi nie ukrywa, że obecna sytuacja jest ogromnym wyzwaniem dla całego pionu produkcji. „W tym szalonym środowisku kluczem jest budowanie elastycznych scenariuszy. Wiąże się to z dużym bólem głowy, ale rozważamy wszystkie opcje, w tym tworzenie nadmiarowych partii opon, które mogą zostać wykorzystane w kolejnych rundach” – wyjaśnił przedstawiciel włoskiego giganta, podkreślając gotowość firmy na dynamiczne zmiany w kalendarzu.
Niepewność dotyczy także zakończenia sezonu, ponieważ plotki wskazują na możliwy finał w Imoli, jeśli wyścigi w Katarze i Abu Zabi zostaną odwołane. Grudniowy termin we Włoszech oznacza temperatury bliskie zeru stopni Celsjusza, co dla opon F1 jest warunkiem ekstremalnym. Marrafuschi zachowuje jednak spokój, porównując taką sytuację do zimowych testów w Barcelonie. „To nie jest idealne, ale bezpieczne i nas nie przeraża” – podsumował dyrektor, wskazując, że firma posiada już doświadczenie w pracy w tak chłodnym klimacie.
