Odwołanie kwietniowych wyścigów w Bahrajnie i Arabii Saudyjskiej z powodu konfliktu na Bliskim Wschodzie wymusiło drastyczne zmiany w kalendarzu Formuły 1 na sezon 2026. Powstała miesięczna luka, która zdezorganizowała drugą połowę mistrzostw. Władze F1 nie ogłosiły jednak definitywnego końca tych imprez, a jedynie potwierdziły, że nie odbędą się one w pierwotnym terminie. Obecnie trwają intensywne prace nad ich przywróceniem w dalszej części roku.
Dyrektor generalny Liberty Media, Derek Chang, przyznał podczas spotkania z akcjonariuszami, że kierownictwo pracuje dzień i noc, aby odzyskać przynajmniej jeden z dwóch wyścigów. Najbardziej realistyczny scenariusz zakłada wstawienie Bahrajnu lub Arabii Saudyjskiej w wolne miejsce między Baku a Singapurem we wrześniu. Takie rozwiązanie nie wymagałoby rewolucji w kalendarzu, ale stworzyłoby morderczą serię trzech potrójnych weekendów wyścigowych z rzędu, co stanowiłoby ogromne obciążenie logistyczne dla personelu.
Logistyczny koszmar i limity budżetowe
Sytuacja jest skomplikowana, ponieważ Bliski Wschód to kluczowy węzeł transportowy dla całej stawki. Zespoły i Pirelli mają sprzęt uwięziony w Bahrajnie po przedsezonowych testach. Dodatkowym problemem jest limit budżetowy. O ile koszty hoteli i lotów personelu są z niego wyłączone, o tyle transport sprzętu wlicza się do wydatków. Rosnące ceny frachtu uderzają szczególnie w mniejsze ekipy, takie jak Haas, dla których logistyka stanowi teraz znacznie większą część dostępnego budżetu.
Jeśli F1 zdecyduje się na powrót obu wyścigów pod koniec roku, sezon musiałby zostać wydłużony o tydzień, zbliżając finał w Abu Zabi do świąt Bożego Narodzenia. Stworzyłoby to bezprecedensową sekwencję czterech wyścigów z rzędu wraz z Las Vegas i Katarem. Stefano Domenicali potwierdził, że F1 posiada plany awaryjne, aby uniknąć drastycznego zmniejszenia liczby Grand Prix, co mogłoby wywołać reakcję łańcuchową i straty finansowe dla wszystkich zaangażowanych stron.
