Damon Hill po trzech dekadach wrócił do garażu Williamsa jako ambasador marki. Legendarny kierowca przy okazji Grand Prix Japonii wrócił pamięcią do 13 października 1996 roku. To właśnie wtedy na torze Suzuka przypieczętował swój jedyny tytuł mistrza świata Formuły 1, pokonując Jacquesa Villeneuve’a o dziewięć punktów. Kulisy tamtego poranka rzucają nowe światło na stan psychiczny zawodnika, który walczył o życiowy sukces.
Brytyjczyk przyznał, że noc przed najważniejszym startem w karierze była koszmarem. Hill nie mógł zmrużyć oka przez komary, które opanowały jego łóżko. Na tor Suzuka dotarł skrajnie niewyspany, czując ogromną presję czasu. Trzytygodniowa przerwa między wyścigami w Portugalii i Japonii była dla niego udręką, ale pozwoliła mu pogodzić się z każdym możliwym scenariuszem. Na starcie czuł już tylko dziwny spokój i gotowość do walki o wszystko.
Gierki psychiczne wewnątrz Williamsa
Sytuacja w zespole była napięta, ponieważ Hill wiedział już, że traci miejsce w Williamsie na kolejny sezon. Jacques Villeneuve, ówczesny debiutant, próbował stosować wobec starszego kolegi gierki psychiczne. Hill wspomina to z uśmiechem, zauważając, że Kanadyjczyk miał specyficzne podejście do fizyki i ustawień bolidu. Mimo rywalizacji na ostrzu noża, obaj kierowcy zachowali klasę. Po wyścigu Villeneuve osobiście pogratulował Hillowi podczas wspólnej kolacji.
Dla Hilla Suzuka 1996 była ostatnią realną szansą na przejście do historii. Doświadczenia z bolesnej porażki z Michaelem Schumacherem w 1994 roku oraz tragiczna śmierć Ayrtona Senny ukształtowały jego psychikę. Brytyjczyk podkreśla, że musiał nauczyć się bycia mistrzem poprzez liczne błędy, jak choćby ten z Monzy, gdzie uderzył w opony. Dziś Hill i Villeneuve ponownie spotykają się w barwach Williamsa, pełniąc role ambasadorów i wspierając zespół prowadzony przez Jamesa Vowlesa.
