Władze Wimbledonu ogłosiły rekordowy wzrost puli nagród do poziomu 64,2 mln funtów, próbując ugasić narastający bunt w szatni. Mimo że zwycięzcy singla zgarną po 3,6 mln funtów, atmosfera wokół turnieju pozostaje gęsta. Gwiazdy światowego tenisa, z Jannikiem Sinnerem i Aryną Sabalenką na czele, głośno domagają się zmian w podziale zysków, co stawia organizatorów w niezwykle trudnym położeniu tuż przed startem rywalizacji.
Konflikt dotyczy przede wszystkim procentowego udziału zawodników w przychodach turnieju. Tenisiści celują w 16 proc., podczas gdy obecna podwyżka oferuje im 15,15 proc. Choć kwoty robią wrażenie — nawet przegrani w pierwszej rundzie otrzymają teraz 80 tys. funtów — eksperci finansowi przewidują dalsze niezadowolenie w szeregach ATP i WTA. Sytuacja jest na tyle poważna, że w kuluarach coraz częściej wspomina się o możliwości bojkotu imprezy przez czołowych graczy.
Dyrektor turnieju przerywa milczenie w sprawie żądań
Jamie Baker, dyrektor Wimbledonu, nie kryje irytacji postawą zawodników i sposobem prowadzenia dyskusji o pieniądzach. W rozmowie z Andym Roddickiem podkreślił, że model biznesowy turnieju jest specyficzny, ponieważ nie posiada udziałowców, a każdy zarobiony funt zostaje zainwestowany z powrotem w tenis. Baker zaznaczył, że skupianie się wyłącznie na przychodach, bez uwzględnienia gigantycznych kosztów infrastruktury i organizacji, jest błędem, który utrudnia porozumienie z tenisistami.
„Frustrujące w tej rozmowie jest to, że jesteśmy po stronie graczy. Chcemy, aby uczestniczyli w rozwoju mistrzostw. Musimy jednak uznać to, co pozwala nam generować średnio dziesięć razy większe przychody niż turnieje rangi 1000 i dystrybuować do pięciu razy więcej pieniędzy” — przyznał Jamie Baker. Dyrektor dodał, że metryka oparta tylko na przychodach nie ma sensu, bo nie uwzględnia inwestycji w markę budowaną przez lata. Spór o miliony na SW19 pozostaje nierozstrzygnięty.
