Oliver Tarvet rok temu przeżył sen, o którym marzy każdy tenisista. Brytyjczyk przeszedł przez kwalifikacje Wimbledonu, wygrał mecz w turnieju głównym i stanął na korcie centralnym naprzeciwko broniącego tytułu Carlosa Alcaraza. Choć przegrał 1:6, 4:6, 4:6, świat usłyszał o zawodniku, który zajmował wówczas 733. miejsce w rankingu ATP. Dziś 22-latek musi zmierzyć się z brutalną rzeczywistością sportu, w którym droga z luksusów Londynu do tenisowych peryferii jest wyjątkowo krótka.
Kontrast między wielkim szlemem a codziennością zawodnika z odległych miejsc rankingu jest porażający. Za swój sukces na Wimbledonie Tarvet zainkasował 99 tysięcy funtów, ale jego kolejny turniej odbył się już w zupełnie innej scenerii. Brytyjczyk wrócił do cyklu ITF, gdzie za zwycięstwo w całych zawodach otrzymał zaledwie 4612 dolarów i skromne 25 punktów do rankingu. Walka przed garstką widzów o kwoty, które ledwo pokrywają koszty podróży, stała się dla niego największą lekcją pokory w dotychczasowej karierze.
Walka o przetrwanie w cieniu wielkiego sukcesu
Młody tenisista przyznaje, że po starciu z Alcarazem wpadł w pułapkę własnych oczekiwań. Próba przeniesienia formy z trawiastych kortów Londynu na cykl Challenger okazała się trudniejsza, niż zakładał. Tarvet zdecydował się nawet na przerwę w studiach, by w pełni poświęcić się zawodowemu graniu, jednak szybko zrozumiał, że w tym sporcie nic nie jest dane na zawsze. Teraz staje przed najtrudniejszym zadaniem: obroną punktów wywalczonych przed rokiem, bez których czeka go bolesny spadek w zestawieniu ATP.
Wydawało mi się, że to po prostu będzie trwało, ale teraz wiem, że to złe myślenie. Nie można brać niczego za pewnik
Zawodnik podkreślił, że na poziomie Challengerów każdy potrafi grać, a brak pełnej koncentracji natychmiast kończy się porażką. „Jeśli nie jesteś przygotowany na bitwę, możesz zostać zaskoczony” – dodał Brytyjczyk, który ponownie otrzymał dziką kartę do kwalifikacji Wimbledonu i liczy na powrót do wielkiej gry.