Merlin Röhl coraz pewniej odnajduje się w Evertonie, choć po przeprowadzce z Freiburga do Anglii długo zmagał się z kontuzjami i adaptacją. Teraz gra także na prawej obronie, a 15 października klub ma wydać jego fotograficzny magazyn „Life with Everton”.
24-letni reprezentant Niemiec U21 trafił do Evertonu we wrześniu 2025 roku, po czym klub sfinalizował jego transfer definitywny. We Freiburgu uważał się przede wszystkim za środkowego pomocnika i wolał grać jako „ósemka”. Dziś nie przywiązuje się już do jednej pozycji. „Jestem teraz całkowicie oderwany od tego, na jakiej pozycji gram. W zależności od sytuacji mogę dać drużynie różne rzeczy, a wtedy pozycja schodzi na dalszy plan” – powiedział w rozmowie opublikowanej w czwartkowym wydaniu „Kickera”. Przyznał, że taka zmiana wymagała czasu. We Freiburgu rozmawiano o tym, gdzie chce występować, i tamtejsi działacze pamiętają jego przywiązanie do roli środkowego pomocnika.
Nowa pozycja i trudny początek w Anglii
Everton wystawia Röhla na prawej obronie, a piłkarz dostrzega w tej roli coraz więcej możliwości. W nauce pomagają mu Leighton Baines i Seamus Coleman. Baines, obecnie członek sztabu Davida Moyesa, rozegrał w Premier League ponad 420 meczów dla Evertonu. Coleman przez ponad dekadę występował na przeciwległym boku obrony, a obaj stali się dla Röhla ważnymi osobami w klubie. Niemiec podkreślił, że dużo się od nich uczy. „Baines był jednym z najlepszych na świecie na tej pozycji. A Seamus Coleman to kolejna legenda, która również grała na boku obrony. To dwie osoby, które stały się dla mnie bardzo ważne i od których wiele się uczę” – powiedział. Gra na boku wymaga innego rozumienia przestrzeni niż występy w środku pola: linia boczna może pomagać w obronie, zmieniają się możliwości pressingu i zasady asekuracji. W Premier League takie szczegóły mają szczególne znaczenie. Röhl wierzy jednak, że jego szybkość i umiejętności w ataku pasują do nowej roli. Niedługo przed zamknięciem okna Everton sprowadził z Lyonu nominalnego prawego obrońcę Ainsleya Maitland-Nilesa. Röhl nie zamierza skupiać się na rywalizacji z nowym kolegą. Uważa, że obaj mogą się od siebie uczyć, bo mają nieco inne profile z piłką przy nodze, co daje trenerowi kolejną opcję. Sam chce dalej się rozwijać, by być wystarczająco dobrym, żeby regularnie grać.
Pierwszy sezon w Anglii był dla niego znacznie trudniejszy. Kontuzje zakłócały proces adaptacji, a intensywność i szybkość rywali w Premier League sprawiły, że Röhl zaczął się zastanawiać, czy jego ciało jest gotowe na taki krok i czy zdoła odnaleźć się w nowym kraju. „Intensywność i szybkość zawodników są tutaj na innym poziomie” – powiedział. Przyznał też, że nie docenił wagi poczucia komfortu poza boiskiem. Dopiero w czterech ostatnich meczach poprzedniego sezonu poczuł, że naprawdę się zadomowił. Latem jego wykupienie wpisało się w serię kosztownych odejść z Freiburga. Zmieniło się również jego podejście do komunikacji w zespole. Christian Streich i Julian Schuster często rozmawiali z graczami w cztery oczy, z kolei w Evertonie tłumaczenia zdarzają się znacznie rzadziej. Röhl wspomina czas, gdy przez dziesięć kolejnych spotkań nie podniósł się z ławki. Odczytał to jako prosty sygnał: musi lepiej trenować i ciężej pracować. „Uczysz się sobie z tym radzić i nie patrzeć na to negatywnie. Jako piłkarz nie zawsze musisz mieć wszystko wyjaśnione. Czasem wcale tego nie potrzebujesz, bo sprawa jest prosta: musisz być lepszy od tego drugiego” – powiedział.
Röhl pozytywnie ocenia też pracę Moyesa. Nie zgadza się z opinią, że szkocki menedżer jedynie przygląda się zajęciom z dystansu. Moyes często włącza się w treningi i przerywa gierki, by korygować detale taktyczne. Niemiec przedstawił go jako postać o dużym autorytecie, silnej woli zwyciężania i sprecyzowanych pomysłach na grę drużyny. Ciepło wypowiadał się również o partnerach z szatni. Jacka Grealisha nazwał „niesamowicie dobrym gościem o niesamowicie wielkim sercu”, a Jordana Pickforda określił mianem „pozytywnie szalonego”. Wejść do grupy pomogła mu pasja do zdjęć. Początkowo wahał się, czy wyciągać aparat przy drużynie, lecz Coleman po prostu wziął sprzęt i zachęcił Röhla do pracy. Pomógł też fakt, że fotografią interesuje się sam Baines. Ujęcia z szatni i życia zespołu trafią do „Life with Everton” – magazynu, który Röhl wyda wspólnie z klubem. Niemiec podkreśla, że ułożone chronologicznie kadry pokazują, jak stopniowo się integrował i jak zacieśniały się relacje w zespole. Pomocnik nadal fotografuje i grywa w szachy; w klubowej szatni stoi szachownica, a jego stałym rywalem przy planszy jest Vitaliy Mykolenko.
W chwili rozmowy Everton pozostawał niepokonany po pierwszych pięciu kolejkach Premier League, choć końcówka okna transferowego nie przebiegła po myśli klubu. Wydarzenia z dnia zamknięcia transferów zaskoczyły zarówno piłkarzy, jak i kibiców. Röhl uważa jednak, że trudny moment pomógł drużynie zbliżyć się do siebie. Zauważył też, że Everton jest większym klubem, niż mogą sądzić niemieccy obserwatorzy, którzy znają go głównie z nazwy. Przyznał, że Liverpool obecnie wydaje się z zewnątrz większy i bardziej utytułowany, ale poznał dumę kibiców Evertonu z historii ich zespołu. Zwrócił uwagę, że klub powstał wcześniej niż lokalny rywal i wcześniej występował w europejskich rozgrywkach.
Życie w Anglii pozwoliło mu też lepiej zrozumieć presję towarzyszącą Premier League. Jako przykład podał Floriana Wirtza, byłego piłkarza Bayeru Leverkusen, który po transferze do Liverpoolu za 125 mln euro przeżywał trudny okres i ponownie spotkał się z krytyką na początku sezonu. Röhl uważa, że tak wysoka kwota wpływa na ocenę jego gry. „Ludzie chyba wciąż nie do końca wiedzą, jak go oceniać. Do tego dochodzi ta ogromna kwota, która nie jest łatwa dla nikogo. Ale Flo jest niesamowicie dobrym piłkarzem” – powiedział. Dodał, że w Anglii zawodnik może być „wychwalany pod niebiosa albo czasami wręcz mieszany z błotem”. Jego zdaniem właśnie te skrajności tak fascynują ludzi w Anglii.
W grudniu Röhl ma spotkać się z kolejnym byłym kolegą z Freiburga. Everton zagra z Aston Villą 2 grudnia, a do zespołu z Birmingham latem trafił Johan Manzambi, który zastąpił Röhla w gronie najdroższych odejść w historii Freiburga. Röhl twierdzi, że w jego dawnym klubie od początku wierzono w potencjał pomocnika. „Wszyscy od samego początku uważaliśmy, że zajdzie bardzo wysoko. Widać, jak wielką jakość ma Johan. Dlatego prawdopodobnie będzie miał mniej problemów z adaptacją niż ja” – powiedział. Maximilian Eggestein, opowiadając o byłym partnerze ze środka pola, wyjaśniał, że Freiburg często budował grę tak, by Manzambi mógł wykorzystywać swoje indywidualne umiejętności.
Röhl pozostaje bez mediów społecznościowych, nadal fotografuje i gra w szachy, a także chętnie zastanawia się nad sprawami wykraczającymi poza sam futbol. W 2024 roku obawiał się, że zostanie zaszufladkowany jako piłkarz unikający mediów społecznościowych i drogich zakupów, grający w szachy i żyjący inaczej niż rówieśnicy. Dziś mniej mu to przeszkadza. „Teraz jestem całkowicie sobą i czuję się zupełnie swobodnie, więc mniej przeszkadza mi, gdy ludzie mnie zaszufladkowują” – powiedział, dodając, że warto mieć świadomość, jak jego zachowanie odbierają koledzy. Zmiana języka pomogła mu w nieoczekiwany sposób: „Dobrze, że po angielsku mi się to nie zdarza, bo i tak potrafię wyrażać się w tym języku tylko dość prosto. Ta zmiana dobrze mi służy”. Po niemiecku, jak przyznał, kwestionowanie różnych spraw na podstawie własnej wiedzy potrafi komplikować rozmowy z przełożonymi lub osobami, które mają go czegoś nauczyć. Coraz swobodniej odnajduje się w angielskim futbolu i akceptuje zarówno grę na prawej obronie, jak i prostą wiadomość, którą może nieść długa seria spotkań na ławce.
