Max Verstappen wyrasta na jednego z najgłośniejszych krytyków obecnego kierunku Formuły 1. Czterokrotny mistrz świata coraz śmielej spogląda w stronę wyścigów aut sportowych, a ostatnio zasiadł za kierownicą prototypu Nissan Z GT500 na torze Fuji Speedway. Choć Holender jest zachwycony możliwościami japońskich maszyn, jego ewentualny start w tej serii stoi pod dużym znakiem zapytania.
28-letni kierowca przyznał, że jazda w deszczowych warunkach na Fuji była fantastycznym doświadczeniem, mimo ograniczonej liczby okrążeń. Verstappen podkreśla, że auta klasy GT500 przypominają mu dawną serię DTM, którą uwielbiał oglądać. Problemem jest jednak format mistrzostw. Holender nie może pozwolić sobie na udział w pełnym cyklu, a Super GT brakuje obecnie jednego, prestiżowego wyścigu, który uzasadniałby jednorazowy występ gościnny.
Bariery na drodze do Japonii
W przeszłości taką rolę pełnił wyścig Suzuka 1000km, który przyciągał wielkie nazwiska, w tym mistrza F1 Jensona Buttona. Obecnie kalendarz składa się głównie z ośmiu rund o podobnym dystansie, co zniechęca Verstappena do podjęcia zobowiązań. Szansą na przełom może być planowany na 2026 rok projekt „dzikiej karty” podczas rundy w Malezji na torze Sepang. Wymagałoby to jednak ścisłej współpracy z jednym z producentów: Hondą, Nissanem lub Toyotą.
Frustracja Holendra obecnymi hybrydowymi bolidami F1 narasta, co pokazały jego krytyczne uwagi po startach na torze Suzuka. Verstappen otwarcie mówi o konieczności podjęcia życiowych decyzji dotyczących swojej przyszłości w motorsporcie. Jeśli przepisy w Formule 1 nie ulegną zmianie zgodnie z jego oczekiwaniami, starty w seriach takich jak Super GT mogą stać się dla niego realną alternatywą po wygaśnięciu kontraktu z Red Bullem.
