Malezyjski tor Sepang wyrasta na jednego z głównych faworytów w dyskusji o powrocie do kalendarza Formuły 1. Obiekt, który zadebiutował w 1999 roku, jest uznawany za pierwszy w pełni profesjonalny projekt Hermanna Tilke. Dziennikarze sportowi przekonują, że jego unikalny charakter, szybkie sekcje i ekstremalne wyzwania fizyczne dla kierowców są tym, czego dzisiejsza seria potrzebuje najbardziej.
Sepang to nie tylko asfalt, to kawał historii motorsportu zapisany na kartach GP. To tutaj Michael Schumacher zaliczył legendarny powrót w 1999 roku, a Fernando Alonso odniósł spektakularne zwycięstwo w deszczowym 2012 roku. Układ toru sprzyja walce koło w koło, a nagłe ulewy regularnie dostarczały kibicom niezapomnianych emocji. Eksperci podkreślają, że Kuala Lumpur zawsze było jednym z ulubionych miejsc całego padoku F1.
Powrót do korzeni czy nowoczesne widowisko?
Na liście życzeń znajduje się także niemiecki Hockenheimring, ale w swojej pierwotnej, leśnej wersji o długości 6,8 km. Choć natura przejęła już część starego traktu, wspomnienia bolidów pędzących z minimalnym dociskiem między drzewami wciąż rozpalają wyobraźnię. Podobnie sytuacja wygląda z Donington Park, które mogłoby stać się drugim domem dla GP Wielkiej Brytanii. Obiekt ten oferuje przewyższenia, których brakuje płaskiemu Silverstone, dając fanom doskonałą widoczność na niemal połowę trasy.
Geografia F1 nie byłaby pełna bez Afryki i klasyków z USA. Południowoafrykańskie Kyalami, zmodernizowane w 2015 roku, jest naturalnym kandydatem do przywrócenia wyścigów na ten kontynent. Z kolei amerykańskie Watkins Glen określane jest mianem „północnoamerykańskiego Spa”. Dziennikarze sugerują, że zamiast sztucznych torów w Las Vegas czy Dżuddzie, Formuła 1 powinna postawić na miejsca z duszą, takie jak Zandvoort, gdzie liczy się sport, a nie tylko celebryci.
