Ben Simmons wyrasta na jednego z największych przegranych ostatnich lat w NBA. Jak donosi insider Jake Fischer, zawodnik może zostać zmuszony do drastycznego obniżenia swoich oczekiwań, jeśli realnie myśli o powrocie na parkiety w nadchodzącym sezonie.
Sytuacja jest dramatyczna, ponieważ obecnie żaden klub nie jest gotowy zaoferować mu gwarantowanego miejsca w składzie. Drużyny chcą najpierw sprawdzić, czy po długiej przerwie Simmons odzyskał dawną sprawność. „Nikt nie chce teraz dać Benowi Simmonsowi gwarantowanego miejsca w składzie. Taka jest rzeczywistość” – przyznał bez ogródek Fischer. Ekspert podkreśla, że kluby muszą zobaczyć go w rywalizacji pięciu na pięciu, dzień po dniu, na najwyższym poziomie, czego nie widzieliśmy od lat.
Brutalna lekcja pokory i odrzucona szansa w Nowym Jorku
Problemy Simmonsa nie są nowe, ale ich skala narasta. Rok temu zawodnik miał na stole propozycję od New York Knicks, jednak zdecydował się ją odrzucić. Powodem był brak gwarantowanych pieniędzy w kontrakcie. Teraz może stanąć przed identycznym wyborem, ale z jeszcze gorszej pozycji negocjacyjnej. „Rok temu w zasadzie odrzucił taką sytuację ze strony Knicks. Mógł mieć dokładnie to samo w Nowym Jorku, a fakt, że nie były to gwarantowane pieniądze, był głównym powodem, dla którego nie dołączył do zespołu” – wyjaśnia insider.
Obecnie jedyną drogą powrotną dla Simmonsa wydaje się być umowa typu „zaproszenie na obóz treningowy”, podobna do tej, którą Lonnie Walker IV podpisał z Denver Nuggets. Oznacza to brak pewnej pensji i konieczność walki o przetrwanie w lidze. Choć zawodnik trenuje obecnie bez ograniczeń i brał udział w zgrupowaniu reprezentacji Australii, jego statystyki z ostatniego sezonu w barwach Brooklyn Nets i Los Angeles Clippers, gdzie zdobywał średnio zaledwie kilka punktów na mecz, nie budzą zaufania u ligowych decydentów.
