Wimbledon pozostaje najbardziej ikonicznym turniejem w kalendarzu, ale sezon na kortach trawiastych kończy się, zanim na dobre się rozpocznie. Po miesiącach rywalizacji na europejskiej mączce, zawodnicy mają zaledwie sześć tygodni na grę na zielonej nawierzchni, po czym do głosu znów dochodzą korty twarde. Viktorija Golubic, była ćwierćfinalistka londyńskiego szlema, głośno domaga się zmian, które popiera także Tommy Paul.
Obecna struktura rozgrywek faworyzuje inne nawierzchnie, co widać w liczbach. W cyklu WTA odbywa się dziesięć turniejów rangi 1000, z czego osiem na betonie i dwa na mączce. W ATP Masters 1000 sytuacja wygląda podobnie – dziewięć imprez dzieli się na korty twarde i ziemne. Trawa nie posiada ani jednego turnieju tej rangi, co budzi coraz większy sprzeciw tenisistów chcących prestiżowych zawodów przed startem na obiektach All England Club.
Brak czasu na regenerację i mordercze tempo
Największą barierą dla wprowadzenia zmian jest przeładowany kalendarz, który często kończy się w listopadzie, by ruszyć ponownie już w grudniu. Golubic zwraca uwagę na ekstremalne warunki, w jakich muszą odnajdywać się zawodnicy spoza Wielkiej Brytanii. „Czuję, że nie ma wystarczająco dużo czasu między French Open a Wimbledonem, bardzo trudno o odpoczynek. Przyjeżdżamy, mamy dwa dni treningu, czasem na współdzielonych kortach, i musimy od razu grać mecze” – przyznała szwajcarska tenisistka w rozmowie z Tennis365.
Mimo że przerwa między Paryżem a Londynem została w ostatnich latach wydłużona o tydzień, a turnieje w Queen’s Clubie czy Halle zyskały rangę 500, dla wielu to wciąż za mało. Golubic zauważa jednak brutalną rzeczywistość zawodowego sportu. „Myślę, że to niemożliwe do zrobienia, inni by narzekali. Chciałabym tego doczekać, może pewnego dnia, ale na razie jest jak jest” – podsumowała 62. rakieta świata. Na ten moment władze tenisa nie traktują reformy sezonu trawiastego jako priorytetu.
