Są sceny, których żaden regulamin nie przewidział, a które regulamin właśnie wyprodukował. Środowy wieczór w Ameryce, sala konferencyjna gdzieś między studiem FIFA a strefą sponsorów. Sébastien Desabre, selekcjoner Demokratycznej Republiki Konga, właśnie odpowiedział na ostatnie pytanie po przegranym 1:2 meczu z Anglią. Rzecznik reprezentacji pochyla się do mikrofonu i mówi rzecz, po której na sali zapada cisza: chcemy poinformować, że trener stracił ojca, składamy najszczersze kondolencje. Desabre patrzy na niego. Mówi tylko „dziękuję". Wstaje, rozpina marynarkę i wychodzi. W tle pracownica FIFA dziękuje dziennikarzom za obecność.
Do dziś nie ustalono z całą pewnością, czy Francuz dowiedział się o śmierci ojca właśnie w tej sekundzie, czy wiedział wcześniej i był po prostu wstrząśnięty tym, że informacja pada publicznie, przy kamerach, w trybie komunikatu prasowego. Włoski dziennikarz Tancredi Palmeri twierdzi, że trener usłyszał tę wiadomość jeszcze przed meczem i zdziwił go dopiero sposób jej podania. Inni — kongijski dziennikarz Jenovic Mbowa, serwis OneFootball — sugerują, że to był ten moment, że kadra powiadomiła go na oczach świata. Prawda gdzieś pomiędzy nie zmienia jednak najważniejszego pytania. Nie „kiedy się dowiedział", lecz: dlaczego człowiek, którego ojciec właśnie umarł, w ogóle siedział na tej konferencji?
I tu robi się niewygodnie, bo odpowiedź nie brzmi „bo chciał". Odpowiedź brzmi: bo musiał.
Obecność trenera na pomeczowej konferencji prasowej nie jest gestem dobrej woli. To obowiązek kontraktowy, wpisany w regulaminy medialne turnieju. Przepisy wymagają, by szkoleniowiec i wyznaczeni zawodnicy byli dostępni dla mediów przed meczem i po nim — konferencje w dniu poprzedzającym spotkanie, konferencje w dniu meczu, wywiady w tunelu tuż po ostatnim gwizdku, strefa mieszana. Zespoły nie mogą się z tego wypisać. A niewywiązanie się z tych powinności oznacza grzywny i sankcje dyscyplinarne. Krótko mówiąc: gdyby Desabre wstał i pojechał opłakiwać ojca, zamiast usiąść przed mikrofonem, jego federacja — jedna z uboższych w tej stawce, ta sama, która na mundial awansowała po raz pierwszy od 52 lat — najprawdopodobniej dostałaby rachunek.
To jest właśnie granica, o której warto rozmawiać. Nie granica dobrego smaku pojedynczego rzecznika, choć i ta została tego wieczoru przekroczona. Chodzi o granicę systemu, który tak szczelnie zaprojektował swoje zobowiązania medialne, że nie zostawił w nich miejsca na śmierć. Regulamin przewiduje kary za spóźnienie, za nieobecność, za odmowę odpowiedzi. Nie przewiduje rubryki „ojciec zawodnika/trenera właśnie zmarł — prosimy o wyrozumiałość". Owszem, w praktyce FIFA zapewne odpuściłaby karę w tak skrajnym przypadku. Ale zwróćmy uwagę na kierunek myślenia: to trener miał się tłumaczyć z nieobecności, a nie instytucja z tego, że jej domyślnym ustawieniem jest „przyjdź albo płać".
Bo w tym cały problem współczesnej piłki na najwyższym szczeblu. Mecz od dawna nie jest już tylko meczem — jest produktem telewizyjnym, którego każdy element ma swoją wartość kontraktową. Konferencja prasowa to nie miejsce, gdzie trener dzieli się refleksją. To slot w ramówce, wyceniony, obwarowany karami, obstawiony logotypami sponsorów. Człowiek siedzący za tym stołem nie jest w tej chwili ojcem, synem ani nawet trenerem — jest zobowiązaniem medialnym numer taki a taki, które trzeba zrealizować, żeby transmisja się domknęła. I dopiero gdy realizacja tego zobowiązania zderza się z czymś tak elementarnie ludzkim jak śmierć rodzica, widać, jak bardzo maszyneria wyprzedziła człowieka.
Ten mundial zresztą dostarczył już kilku scen, w których konferencja prasowa okazała się polem minowym. Reporterce z Meksyku nie pozwolono zadać pytania po hiszpańsku — jednym z siedmiu oficjalnych języków FIFA i języku kraju współorganizującego turniej — bo „nie było tłumaczenia". Dziennikarzy proszono, by przeszli na angielski, „żeby przyspieszyć". Piłkarzy z Iranu czy Egiptu zamieniano na tych konferencjach w ambasadorów i oskarżonych, każąc im tłumaczyć się z polityki własnych rządów, zanim w ogóle dopuszczono ich do rozmowy o futbolu. Wspólny mianownik jest ten sam: konferencja przestała być przestrzenią wymiany informacji, a stała się rytuałem, w którym instytucja i jej reguły są ważniejsze od ludzi po obu stronach stołu.
Kontrast z inną historią z tego samego turnieju jest bolesny. Kiedy przed mundialem zmarł tragicznie Diogo Jota, Portugalia i jej trener Roberto Martínez zrobili z żałoby coś godnego — symbolicznie włączyli go do kadry jako dwudziestego ósmego zawodnika, mówili o nim jak o kimś, kto wciąż jest częścią drużyny. Śmierć została potraktowana z powagą, wpisana w narrację zespołu z czułością. W przypadku Desabre'a śmierć została potraktowana jak punkt w agendzie — wciśnięta między ostatnie pytanie a podziękowanie za przybycie. Ta sama piłka, dwie zupełnie różne twarze.
Nie idealizujmy zresztą przeszłości — futbol nigdy nie był wolny od komercji ani od bezduszności. Ale skala, w jakiej dziś obowiązki medialne wyprzedzają zdrowy rozsądek, jest nowa. I nie chodzi o to, by znieść konferencje prasowe czy zwolnić kogokolwiek z rozmowy z dziennikarzami. Prawo kibica do informacji jest realne i ważne. Chodzi o coś prostszego: o zapisaną wprost, niepodważalną furtkę. O to, żeby regulamin FIFA zawierał zdanie, którego dziś w praktyce brakuje — że w przypadku śmierci lub ciężkiej choroby najbliższych trener czy zawodnik jest zwolniony z obowiązków medialnych bez żadnych konsekwencji, automatycznie, bez proszenia się i bez ryzyka kary. Że to instytucja wychodzi z inicjatywą, a nie człowiek błaga o zrozumienie.
Bo jeśli największa organizacja sportowa świata potrafi tak precyzyjnie wycenić minutę transmisji, to potrafi też przewidzieć, że czasem ktoś przed tym stołem właśnie kogoś stracił. Pytanie tylko, czy chce. Twarz Sébastiena Desabre'a w tej jednej sekundzie — to spojrzenie na rzecznika, to ciche „dziękuję", ten rozpinany w pośpiechu guzik marynarki — jest odpowiedzią, na którą FIFA powinna umieć zareagować lepiej niż komunikatem „dziękujemy za dzisiejszą obecność".
Roman Piech

