Everton nie zamierza ratować się transferem bezgotówkowym po kompromitacji, do której doszło w ostatnim dniu okna transferowego. Choć klub desperacko potrzebuje wzmocnień w ataku, władze podjęły decyzję o wstrzymaniu wszelkich ruchów aż do stycznia.
Według zagranicznych doniesień serwisu TEAMtalk, klub oficjalnie porzucił plany zakontraktowania napastnika z kartą na ręku. Jest to bezpośredni skutek upadku negocjacji z Folarinem Balogunem, który miał zostać nową gwiazdą zespołu Davida Moyesa. Choć Everton porozumiał się z Monaco, a doniesienia o problemach podczas testów medycznych zostały zdementowane przez francuski klub, transakcja legła w gruzach w ostatniej godzinie. Jak wyjaśnił Ben Jacobs, to sam Balogun ostatecznie odmówił podpisania przedstawionego mu kontraktu, zostawiając Anglików w fatalnej sytuacji kadrowej. Stało się to tuż po tym, jak klub zdążył sprzedać Beto do Fiorentiny oraz Ilimana Ndiaye do Manchesteru City, co drastycznie osłabiło siłę ognia zespołu.
Sytuacja jest o tyle trudna, że w kadrze pozostał obecnie tylko jeden klasyczny środkowy napastnik, Thierno Barry. David Moyes musi liczyć na jego zdrowie lub szukać alternatyw wśród graczy, którzy nominalnie występują na innych pozycjach. Jedną z opcji pozostaje Brennan Johnson, sprowadzony wcześniej z Crystal Palace, który w swojej karierze rozegrał 55 spotkań jako środkowy atakujący, zdobywając w nich 22 bramki. Mimo tak wąskiej rotacji, klub nie zamierza sięgać po dostępne na rynku nazwiska, o których spekulowały media.
Everton uznał jednak, że lepszym rozwiązaniem będzie przeczekanie najbliższych miesięcy i precyzyjne zidentyfikowanie nowych celów transferowych dopiero na zimowe okno.
