Zbrodnia i kara, czyli jak Cracovia odbiera akredytacje za wykonaną robotę

Roman PiechRoman Piech
3 lipca 2026 09:24
Zbrodnia i kara, czyli jak Cracovia odbiera akredytacje za wykonaną robotę
Cracovia

Śledzę polską piłkę zawodowo i na co dzień staram się być na bieżąco z tym, co dzieje się przy boiskach — także tych krakowskich. A Kraków akurat mam blisko serca, bo stamtąd pochodzi moja żona. Może dlatego wiadomość, która obiegła w tym tygodniu media, zatrzymała mnie na dłużej, niż zatrzymuje przeciętny sportowy news. Cracovia odebrała akredytacje dziennikarzom serwisu lovekrakow.pl. Powód? Ujawnili, kto ma zostać nowym sponsorem głównym klubu, zanim zdążył to ogłosić klubowy dział marketingu.

Zaskoczyło mnie to na tyle, że od razu poszedłem sprawdzić, o jaki właściwie artykuł chodzi. Przejrzałem go raz jeszcze — bo czytałem go już wcześniej — i przeczytałem od nowa, uważnie, szukając tego „dalszego ciągu", tej rzekomej złośliwości, tego ataku, który miałby uzasadnić tak drastyczną reakcję. I wiecie co? Nie ma tam ani słowa krytyki pod adresem Cracovii. Nic. Zero uszczypliwości, zero insynuacji, zero „przecieku, który godzi w dobro klubu". Jest suchy news: nowym sponsorem na koszulkach po zakończeniu 24-letniej współpracy z Comarchem ma zostać Fortuna. Kropka. Dziennikarz zrobił dokładnie to, do czego dziennikarz istnieje — dowiedział się czegoś, zweryfikował i napisał.

REKLAMA

Za to — zdaniem klubu — należy się kara. Zarząd Cracovii zdecydował o cofnięciu wydanych akredytacji i nieprzyznawaniu nowych, a na dokładkę zapowiedział kroki prawne. W komunikacie klub zapewnia, że „pozostaje otwarty na współpracę z dziennikarzami", tuż obok zdania, w którym tychże dziennikarzy karze za współpracę. Trudno o bardziej wymowne zderzenie deklaracji z czynem.

Zostawmy na chwilę sam gest i pochylmy się nad tym, co za nim stoi. Bo w całej sprawie jest jeszcze jedno otwarte pytanie: czy Fortuna rzeczywiście zostanie sponsorem? To wciąż informacja nieoficjalna. Być może klub finalizuje umowę z zupełnie innym bukmacherem, który na wieść o „przecieku" mocno się zdenerwował — i to jego, a nie honor Cracovii, próbowano tu ratować. Jeśli tak, to tym bardziej szkoda, bo z tej samej sytuacji dało się ugrać coś zupełnie odwrotnego. Zamiast wojny z lokalną redakcją — marketingowy „smaczek". Mrugnięcie okiem, zabawa z kibicem, „a nie, nie zdradzimy, poczekajcie do piątku", oficjalna prezentacja z pompą, która i tak zebrałaby swoje zasięgi. Przeciek nie zabija ogłoszenia. Dobry dział marketingu robi z przecieku paliwo. Słaby — robi z niego proces sądowy.

I tu dochodzimy do sedna, które wykracza poza jeden klub i jeden serwis. Bo działania niektórych klubów zaczynają przypominać mechanizmy, które znamy z zupełnie innej epoki — takiej, w której dziennikarz mógł pisać wyłącznie o tym, co władza oficjalnie potwierdziła. Wszystko poza oficjalnym komunikatem stawało się „działaniem godzącym w dobro". Idealny dziennikarz w tej wizji świata to nie dziennikarz, tylko przepisywacz. Ktoś, kto grzecznie redaguje informacje prasowe, robi relację minuta po minucie i broń Boże nie zagląda tam, gdzie go nie proszono — do gabinetów, do kuluarów, do szatni, do tego wszystkiego, co dzieje się poza sceną.

Tyle że to nie jest dziennikarstwo. To jest tablica ogłoszeń. A dziennikarstwo — to prawo społeczeństwa do informacji, o krok wyprzedzone przed oficjalną narracją tych, których informacja dotyczy.

Rozumiem emocje. Rozumiem, że każdy klub chce sam kontrolować moment i formę ogłoszenia dużego partnera — to normalne i uzasadnione. Ale między „chcielibyśmy ogłosić to po swojemu" a „odbieramy wam akredytacje i widzimy się w sądzie" leży przepaść. W tej przepaści ginie zaufanie, które klub tak chętnie deklaruje w oficjalnych komunikatach.

Cracovia to najstarszy klub w Polsce, marka z historią, której zazdrości pół ligi. Zasługuje na lepszą politykę medialną niż odruch „odrąbywania ręki" każdemu, kto napisał o pół dnia za wcześnie. Bo dziś odbiera się akredytację za sponsora. A jutro — za co? Za pytanie o transfer? Za tekst o atmosferze w szatni? Za zbyt dociekliwą relację z konferencji?

Trzymam kciuki, żeby przy Kałuży ktoś ochłonął i cofnął tę decyzję. Nie dla świętego spokoju dziennikarzy — ci sobie poradzą. Dla samego klubu. Bo relacje z mediami buduje się latami, a psuje jednym komunikatem wysłanym w emocjach.

O ironio, akurat wczoraj mieliśmy Międzynarodowy Dzień Dziennikarza Sportowego.

Roman Piech

Udostępnij artykuł:

Komentarze (0)

Publikując komentarz, zgadzasz się na przetwarzanie podanej nazwy i treści, które będą widoczne publicznie. Zobacz Politykę prywatności.

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!