Wimbledon stoi przed szansą na powrót do korzeni, co mogłoby wywrócić drabinkę turniejową do góry nogami. Andrew Castle i John Lloyd, byli brytyjscy tenisiści, głośno domagają się drastycznego ograniczenia liczby rozstawionych zawodników. Ich zdaniem obecny system chroni faworytów zbyt mocno, co odbiera kibicom emocje w początkowej fazie turnieju.
Obecnie w turniejach wielkoszlemowych rozstawia się 32 graczy, co sprawia, że najlepsi mogą trafić na siebie dopiero w trzeciej rundzie. Castle uważa, że powrót do zaledwie 16 rozstawionych nazwisk natychmiast podniósłby poziom widowiska. „Myślę, że powinno być 16 rozstawionych i wtedy mielibyśmy lepsze mecze w pierwszym tygodniu, gwarantuję to” — przyznał stanowczo komentator BBC podczas finału w Queen’s Club.
Koniec ochrony dla najlepszych tenisistów świata
John Lloyd w pełni popiera tę wizję, zauważając, że kibice często zapominają o znaczeniu pierwszego tygodnia Wielkiego Szlema. Według niego wczesne rundy z udziałem topowych graczy bywają po prostu nudne. „Jeśli wrzucisz tam 16 rozstawionych, pojawią się świetne mecze już w pierwszej i drugiej rundzie” — przekonuje Lloyd. Taka zmiana oznaczałaby, że gwiazdy formatu Jannika Sinnera czy Novaka Djokovicia mogłyby wpaść na groźnych rywali już w meczu otwarcia.
Gdyby nowe zasady weszły w życie już teraz, na liście rozstawionych zabrakłoby takich nazwisk jak Jakub Mensik, Francisco Cerundolo czy Tommy Paul. To otworzyłoby drogę do sensacyjnych starć, w których młode talenty, jak Joao Fonseca, mogłyby rzucić wyzwanie liderom rankingu na samym starcie. Ostatni raz system z 16 rozstawionymi obowiązywał w 2000 roku, gdy po swój ostatni tytuł w Londynie sięgał Pete Sampras.
