Stefano Domenicali, szef Formuły 1, wywołał burzę, bagatelizując problem jakości manewrów wyprzedzania w nowoczesnych bolidach. Włoch twierdzi, że wyprzedzanie to wyprzedzanie, a krytycy mają krótką pamięć, zapominając o oszczędzaniu paliwa w erze turbo lat 80.
Z tą narracją stanowczo nie zgadza się Nigel Mansell. Brytyjczyk, który w 1987 roku na Silverstone wykonał jeden z najsłynniejszych manewrów w historii, uważa, że dzisiejsze widowisko jest fałszywe. Jego zdaniem o pozycji na torze decyduje nie odwaga kierowcy, a algorytmy zarządzające energią z baterii. Mansell podkreśla, że fani są wściekli, gdy widzą bolidy tracące prędkość o 70 km/h w najszybszych zakrętach tylko po to, by naładować systemy.
Komputer zamiast instynktu kierowcy
Statystyki pokazują ogromny wzrost liczby mijanek. Podczas GP Australii w 2026 roku odnotowano ich aż 120, podczas gdy rok wcześniej było ich zaledwie 45. Mansell zauważa jednak, że kierowcy tacy jak Lando Norris czują się bezradni, gdy systemy wymuszają na nich atak w niechcianych momentach. Według mistrza świata z 1992 roku, w latach 80. oszczędzanie paliwa było kwestią wyczucia przepustnicy, a nie oddaniem kontroli nad autem oprogramowaniu, które decyduje o nagłym wzroście mocy na prostej.
Porównania Domenicalego do przeszłości upadają przy analizie technicznej. W erze turbo inżynierowie tacy jak Tim Wright musieli szacować zużycie paliwa na oko, co często kończyło się dramatami na ostatnich metrach, jak podczas GP San Marino w 1985 roku. Wtedy aż siedmiu kierowców nie dojechało do mety z powodu pustych baków. Dziś proces ten jest cyfrowy i precyzyjny, co zdaniem wielu odbiera sportowi duszę i sprawia, że walka koło w koło staje się przewidywalna.
