Rifet Kapić miał pożegnać się z Lechią tuż po jej relegacji, a media szybko wskazały nowego pracodawcę — tyle że rzeczywistość transferowa okazała się znacznie mniej oczywista, niż sugerowały pierwsze doniesienia.
Doniesienia o potencjalnym transferze Kapicia do Legii Warszawa pojawiły się niemal natychmiast po tym, jak pomocnik miał oświadczyć — według informacji „Dziennika Bałtyckiego" — że mecz z Niecieczą był jego ostatnim w barwach Lechii.
Część mediów poszła krok dalej, sugerując, że Bośniak jest już praktycznie jedną nogą w stolicy. Weryfikacja tych informacji przyniosła jednak zupełnie inny obraz sytuacji.
Piotr Koźmiński, uznawany za jednego z najlepiej poinformowanych dziennikarzy piłkarskich w Polsce, przekazał na antenie Meczyk ów, że zbadał temat bezpośrednio w klubie i usłyszał jednoznaczną odpowiedź: transferu Kapicia przy Łazienkowskiej po prostu nie ma. Nie chodzi o negocjacje w toku, nie chodzi o wstępne rozmowy — temat nie istnieje.
Kontekst słów pomocnika jest jednak kluczowy dla oceny całej sytuacji. Lechia przystępowała do meczu z Niecieczą — drużyną zajmującą ostatnie miejsce w tabeli i praktycznie pewną spadku — z koniecznością wygrania, by zapewnić sobie utrzymanie w Ekstraklasie. Mimo tego nie zdołała zgarnąć kompletu punktów, co przesądziło o relegacji. W takich okolicznościach emocjonalna deklaracja zawodnika nabiera innego wymiaru.
Zakulisowe informacje wskazują, że przyszłość Kapicia w Gdańsku nie jest bynajmniej przekreślona. Bośniak miał nie podjąć żadnych rozmów z innymi klubami, a jego słowa po feralnym meczu mogły być wyłącznie niepowściągniętą reakcją na dramatyczne okoliczności odpadnięcia z ligi.
Sprawa pozostaje więc otwarta — ani transfer do Legii, ani odejście z Lechii nie są na dziś faktami.

