Andy Murray w szczerej rozmowie podczas wydarzenia IBM na Wimbledonie przyznał, że nie czuje żalu z powodu gry w najbardziej wymagającej erze w historii tenisa. Choć Roger Federer, Rafael Nadal i Novak Djokovic zablokowali mu drogę do wielu trofeów, Szkot patrzy na swoją karierę z dumą.
Trzykrotny mistrz wielkoszlemowy otwarcie przyznał, że jego dorobek mógłby wyglądać zupełnie inaczej, gdyby nie trafił na trzech najwybitniejszych zawodników w dziejach, którzy łącznie zdobyli 66 tytułów wielkoszlemowych. Murray zaznaczył jednak, że rywalizacja z nimi była dla niego ostatecznym wyzwaniem. „Czy wygrałbym więcej, gdyby Rogera, Rafy i Novaka nie było w pobliżu? Prawdopodobnie, ale nie patrzę na to w ten sposób. Wierzę, że wygrałbym więcej, gdyby było ich o jednego mniej lub, co byłoby jeszcze lepsze, o dwóch mniej!” – wyznał z rozbrojącą szczerością były lider rankingu ATP.
Koniec marzeń o powrocie na kort
Mimo że tegoroczny Wimbledon przyniósł sensacyjny powrót 44-letniej Sereny Williams, Murray kategorycznie wykluczył podobny scenariusz w swoim przypadku. Brytyjczyk, który w trakcie kariery zmagał się z licznymi kontuzjami, cieszy się obecnie sportową emeryturą i nową pasją, jaką stał się golf. „Powrót? O mój Boże, nie ma szans. Choć bardzo chciałbym grać dalej, moje ciało było w rozsypce. Teraz gram w golfa, co jest znacznie lżejsze dla organizmu” – uciął spekulacje dwukrotny mistrz olimpijski.
Szkot podkreślił, że dzisiaj postrzega Wimbledon zupełnie inaczej niż w czasach zawodowej gry, kiedy każdy turniej wiązał się z ogromną presją i narastającymi pytaniami o końcowy sukces. Murray czuje się szczęściarzem, że mógł pokonać Djokovicia na korcie centralnym, mierzyć się z Nadalem na Roland Garros w szczycie jego formy czy wygrać z Federerem w olimpijskim finale. Zapewnił, że nie siedzi teraz w domu, rozmyślając o tym, co mogłoby się wydarzyć, lecz docenia fakt, jak daleko zdołał zajść w tak trudnym sporcie.
