Rayo Vallecano wyrasta na jednego z najbardziej nieoczywistych finalistów w historii europejskich pucharów. Zespół z robotniczej dzielnicy Madrytu zmierzy się z Crystal Palace w finale Ligi Konferencji. Jak donoszą media, sukces ten rodził się w warunkach, które dla nowoczesnego futbolu są wręcz niewyobrażalne.
Kapitan Oscar Valentin przyznaje wprost, że awans jest niewytłumaczalny. Klub dysponuje przestarzałym stadionem z lat 70., który ma tylko trzy trybuny. W lutym murawa była w tak złym stanie, że Rayo musiało pożyczać boisko od Leganes. Gdy do Vallecas przyjechał Lech Poznań, piłkarze gości nie znaleźli w szatni nawet ręczników. Doszło też do awarii, gdy przez pomyłkę wyłączono prąd na całym obiekcie. Podczas gdy pobliskie Santiago Bernabeu lśni nowoczesnością, w Vallecas kibice muszą mierzyć się z plagą gołębi gnieżdżących się na trybunach.
Siła tkwi w braku luksusów
Trener Inigo Perez zbudował zespół oparty na pokorze i wspólnocie. Aż 20 z 26 zawodników w kadrze ma za sobą przeszłość w drugiej lidze, a 14 grało na trzecim poziomie rozgrywkowym w Hiszpanii. Piłkarze tacy jak Isi Palazon czy Alvaro Garcia potrafią z humorem podchodzić do braków infrastrukturalnych. Sergio Camello podkreśla, że w Rayo nikt nie ma prawa narzekać, bo trudności tylko cementują grupę. Zawodnicy po meczach wychodzą prosto na ulicę między fanów, ponieważ na stadionie nie ma prywatnego parkingu.
Więź z kibicami wykracza poza boisko. Andrei Ratiu i Dani Cardenas po swoim ostatnim meczu domowym postawili piwo wszystkim obecnym w barze i kupili kebaby dla kolegów z drużyny. Piłkarze wspierali też finansowo zbiórki dla oszukanych fanów, którzy chcieli jechać na mecz do Lipska. Dla wielu zawodników Rayo to ostatni bastion dawnego futbolu, gdzie granica między gwiazdami a trybunami nie istnieje. Teraz ta unikalna filozofia dzielnicy Vallecas zostanie przetestowana w najważniejszym meczu w historii klubu.
