Alvaro Arbeloa wyrasta na jednego z głównych obrońców wizerunku hiszpańskiego futbolu po skandalu, do którego doszło podczas towarzyskiego starcia Hiszpanii z Egiptem. Trener Realu Madryt zareagował na islamofobiczne okrzyki, które zdominowały nagłówki mediów na całym świecie. Jak donoszą źródła, incydent na stadionie RCDE jest już przedmiotem oficjalnego dochodzenia katalońskiej policji.
Podczas meczu z trybun niosło się hasło uderzające w wyznawców islamu, co rzuciło cień na przedostatni występ kadry przed mundialem. Lamine Yamal opuścił boisko samotnie, gdy reszta drużyny dziękowała kibicom, a dzień później nazwał te zachowania rasistowskimi i niemożliwymi do zaakceptowania. Arbeloa przyznał, że należy wykorzenić patologiczne postawy, ale jednocześnie stanowczo sprzeciwił się generalizowaniu problemu. Jego zdaniem Hiszpania pozostaje krajem tolerancyjnym, w którym incydenty nie zdarzają się w każdy weekend.
Walka o finał mistrzostw świata w cieniu kar
Sytuacja staje się napięta, ponieważ powtarzające się ataki na tle narodowościowym i religijnym budzą niepokój w strukturach FIFA. Federacja bacznie przygląda się wydarzeniom na hiszpańskich stadionach, co może mieć opłakane skutki dla gospodarzy turnieju w 2030 roku. Istnieje realna obawa, że prawo do organizacji wielkiego finału zostanie odebrane Hiszpanii i przekazane Maroku. Arbeloa domaga się reakcji UEFA w innych sprawach, ale wewnątrz kraju apeluje o zachowanie spokoju i kontynuowanie walki z agresją.
Media coraz mocniej naciskają na rozwiązanie narastającego problemu, który dotyka już nie tylko ligowych boisk, ale i meczów narodowych. Choć Arbeloa broni ojczyzny przed łatką kraju rasistowskiego, przyznaje, że pewne zachowania są poza jego kontrolą. Sprawa Gianluci Prestianniego z Benfiki, który miał dopuścić się nadużyć wobec Viniciusa Juniora, pokazuje, że napięcie na linii zawodnicy-kibice rośnie. Hiszpania musi teraz udowodnić swoją tolerancję, aby nie stracić szansy na ugoszczenie najważniejszego meczu globu.
