Kulisy niedoszłego transferu Marvina Duckscha do Valencii wywołują ogromne poruszenie w hiszpańskich mediach, odsłaniając chaos panujący w gabinetach na Estadio Mestalla. Choć 32-letni napastnik Birmingham City był już dogadany z nowym pracodawcą i gotowy do wylotu, transakcja wysypała się na ostatniej prostej. Jak informuje Bild, hiszpański klub nawiązał kontakt z Anglikami około godziny 18:00 w odpowiedzi na poważną kontuzję ścięgna podkolanowego Umara Sadiqa. Mimo że Birmingham wcześniej deklarowało chęć oddania Niemca za darmo, ostatecznie zablokowało ruch, tłumacząc to zbyt późnym wpłynięciem oferty oraz obecnością zawodnika w kadrze meczowej na spotkanie z Southampton.
Marvin Ducksch
Birmingham City→Valencia
O sprawie zrobiło się głośno za sprawą tamtejszych mediów, które wskazują na dziwną postawę dyrektora generalnego Valencii. Ron Gourlay publicznie zaprzeczył, jakoby klub był poważnie zainteresowany Duckschem, twierdząc, że zawodnik nigdy nie był realną opcją, mimo odbycia kilkudziesięciu rozmów w tej sprawie. Te słowa stoją w sprzeczności z doniesieniami dziennikarza Matteo Moretto, który potwierdził, że kluby znajdowały się już na etapie wymiany dokumentów. Według dziennika AS, na opóźnienie reakcji Valencii mogły wpłynąć informacje o problemach pozaboiskowych piłkarza z kwietnia tego roku, co wywołało wahania wśród władz klubu w kluczowym momencie negocjacji.
Sam Marvin Ducksch nie kryje frustracji z powodu decyzji Birmingham City o zablokowaniu jego przenosin do Hiszpanii. Napastnik, który w tym sezonie rozegrał zaledwie kilka minut w Championship, liczył na zmianę otoczenia po tym, jak klub nie zdołał wywalczyć awansu do Premier League. Dziennikarz Nacho Sanchis podkreśla, że choć trener Carlos Corberán desperacko potrzebował wzmocnienia ataku, biurokracja i brak zdecydowania po obu stronach sprawiły, że Ducksch musi pozostać na St Andrew’s Stadium przynajmniej do stycznia. Obecnie Valencia musi radzić sobie z ogromnymi brakami kadrowymi, mając na koncie zaledwie jeden punkt po trzech kolejkach ligowych.
„Nie było bezpośredniego kontaktu ani zainteresowania, mimo że odbyło się 40 czy 50 rozmów” — stwierdził zaskakująco Ron Gourlay, próbując zdjąć z siebie odpowiedzialność za fiasko negocjacji, które mogły uratować siłę ognia hiszpańskiego zespołu.