Francja przypieczętowała pierwsze miejsce w grupie mistrzostw świata, pokonując Norwegię 4:1 w Bostonie. O losach spotkania przesądził niesamowity występ jednego aktora już w pierwszej połowie.
To był tydzień pełen skrajnych emocji dla Les Bleus. Didier Deschamps musiał opuścić zgrupowanie, aby udać się na pogrzeb matki, a drużynę poprowadził jego asystent Guy Stéphan. Piłkarze chcieli oddać hołd swojemu selekcjonerowi, jednak FIFA brutalnie interweniowała, odrzucając prośbę francuskiej federacji o możliwość założenia czarnych opasek podczas meczu. Odpowiedź na boisku była jednak natychmiastowa i bezlitosna dla rywali, którzy wystąpili bez Erlinga Haalanda.
Koncert Dembélé i błędy w defensywie
Ousmane Dembélé potrzebował zaledwie 32 minut, aby skompletować hat-tricka i uciszyć krytyków. Skrzydłowy Paris Saint-Germain, który w dwóch poprzednich turniejach rangi mistrzowskiej nie zdobył ani jednej bramki, teraz ma na koncie cztery trafienia w ciągu zaledwie pięciu dni. Dwie asysty przy jego golach zaliczył Kylian Mbappé, a wynik w doliczonym czasie gry ustalił Désiré Doué. Mimo wysokiego zwycięstwa, gra obronna Francuzów pozostawiała wiele do życzenia.
Dzień słabości zaliczył Dayot Upamecano z Bayernu Monachium, który dał się ograć Thelo Aasgaardowi przy jedynym golu dla Norwegii. Defensorzy Jules Koundé i Théo Hernandez również nie ustrzegli się rażących pomyłek, w tym sprokurowania rzutu karnego, który obronił Mike Maignan. Wygrana w Bostonie ma jednak kluczowe znaczenie logistyczne — dzięki zajęciu pierwszej lokaty w grupie, reprezentacja Francji zaoszczędzi aż sześć tysięcy mil podróży w fazie pucharowej turnieju.
