Władze Formuły 1 stoją pod ścianą w sprawie organizacji kwietniowych wyścigów w Bahrajnie oraz Arabii Saudyjskiej. Jak donoszą media, ostateczna decyzja o odwołaniu obu rund ma zostać ogłoszona w ciągu najbliższych 48 godzin. Napięta sytuacja w regionie i trwający konflikt zbrojny sprawiły, że logistyka transportu morskiego i lotniczego stała się praktycznie niemożliwa do zrealizowania w wyznaczonym terminie.
Sytuacja jest krytyczna, ponieważ oba wyścigi są ze sobą powiązane logistycznie. Choć część sprzętu zespołów i firmy Pirelli znajduje się już w Bahrajnie po przedsezonowych testach, reszta ładunku musiałaby ruszyć w drogę natychmiast. Problemem jest jednak bezpieczeństwo. W czwartek Iran uderzył w zbiorniki paliwa w Bahrajnie, a lotnisko w Manamie zawiesiło operacje. W tej rzeczywistości dotrzymanie dziesięciodniowego terminu na podjęcie decyzji wydaje się nierealne.
Finansowy cios i brak zastępstw
Wypadnięcie Bahrajnu i Arabii Saudyjskiej z kalendarza oznacza stratę ponad 100 mln euro z samych opłat licencyjnych. Mimo tak ogromnych kwot, Formuła 1 nie planuje szukać awaryjnych zastępstw w Europie, jak miało to miejsce podczas pandemii. Organizacja wyścigów na torach takich jak Imola czy Portimao w tak krótkim czasie jest niemożliwa ze względów promocyjnych i biletowych. Zak Brown z McLarena przyznał wprost, że w obliczu wojny kwestie finansowe schodzą na dalszy plan.
Jeśli oba wyścigi zostaną oficjalnie skreślone, kibiców czeka aż sześciotygodniowa przerwa między Grand Prix Japonii a zawodami w Miami. F1 nadal będzie jednak w stanie wypełnić kontrakty telewizyjne, które wymagają minimum 22 rund w sezonie. Lewis Hamilton podkreślił, że ufa Stefano Domenicaliemu w kwestii podjęcia właściwych kroków. Losy kończących sezon wyścigów w Katarze i Abu Zabi pozostają na razie otwarte, dając władzom serii więcej czasu na reakcję.
