Charles Leclerc nie wystartuje z pierwszego rzędu w swoim domowym wyścigu po raz pierwszy od 2023 roku. Monakijczyk rozbił swoje Ferrari w trzeciej części kwalifikacji, co przekreśliło jego szanse na walkę o najwyższe lokaty. Choć kierowca notował świetne czasy w treningach, sobotnia sesja zakończyła się dla niego na czwartej pozycji startowej.
Momentem krytycznym okazał się przejazd przez zakręt numer 12, gdzie Leclerc stracił panowanie nad tyłem bolidu i uderzył w barierę. Kierowca przyznał, że jechał na samym limicie, a okrążenie zapowiadało się bardzo dobrze aż do feralnego incydentu w sekcji Tabac. Jako przyczynę nagłej utraty przyczepności wskazał tzw. brudne powietrze, które mimo braku bezpośredniego tłoku na torze, wpłynęło na zachowanie maszyny przy wejściu w łuk.
Poważne problemy z hamulcami w Ferrari
Wypadek to jednak tylko wierzchołek góry lodowej, bo Leclerc zmaga się z głębszymi problemami technicznymi. Zawodnik Ferrari otwarcie narzeka na ekstremalnie niespójne działanie układu hamulcowego, co ma związek z temperaturą opon oraz inną, nieujawnioną usterką. Każde naciśnięcie pedału hamulca jest dla niego zagadką, a bolid zachowuje się nieprzewidywalnie w zależności od konkretnego zakrętu. Problem ten nasilił się od czasu Grand Prix Kanady i sprawia, że jazda staje się wyjątkowo trudna.
Mimo że Ferrari zdominowało piątkowe treningi, zajmując dwa pierwsze miejsca, w kwalifikacjach szybsi okazali się Kimi Antonelli, Max Verstappen oraz Lewis Hamilton. Leclerc podkreślił, że walka o ułamki sekund w Monako wymaga idealnego wyczucia okna pracy opon, a obecna niestabilność SF-26 uniemożliwia mu powtarzalną jazdę. Niedzielny wyścig będzie dla niego ogromnym wyzwaniem w kontekście walki o podium przed własną publicznością.
