Cały świat za Belgami. I słusznie

Roman PiechRoman Piech
6 lipca 2026 11:06
Cały świat za Belgami. I słusznie

Są mundiale, które zapamiętujemy przez gole. Ten zapamiętamy przez telefon. Jeden telefon, wykonany z Białego Domu do biura Gianniego Infantino, po którym czerwona kartka — rzecz w futbolu tak stara i tak oczywista jak linia boczna — nagle przestała obowiązywać. Nie dlatego, że sędzia się pomylił. Nie dlatego, że pojawił się nowy dowód. Dlatego, że przeszkadzała gospodarzom.

Przypomnijmy fakty, bo one same w sobie są felietonem. Folarin Balogun w meczu z Bośnią najpierw strzela gola, a potem wjeżdża korkami w nogę i kostkę rywala. VAR podpowiada, sędzia idzie do monitora, ogląda powtórkę i pokazuje czerwień. Klasyczna, podręcznikowa sekwencja — dokładnie po to VAR wymyślono. Kartka jest surowa, ale broniona: studki jadące po łydce i wykręcona kostka to nie „normalna sytuacja w walce o piłkę", jak przekonuje Mauricio Pochettino, tylko faul, który mógł skończyć się dla Bośniaka urazem na miesiące. Automatyczna pauza. Bez odwołania. Tak stanowi regulamin — ten sam, który wszyscy inni w tym turnieju musieli respektować bez dyskusji.

REKLAMA

I wtedy do gry wchodzi ktoś, kto nigdy nie miał wejść na boisko. Donald Trump dzwoni do Infantino. FIFA w niedzielę wyciąga z kapelusza artykuł 27 kodeksu dyscyplinarnego, zawiesza karę na „roczny okres próbny" — cokolwiek to znaczy — i Balogun może grać. Prezydent USA świętuje w mediach społecznościowych, dziękując federacji za „naprawienie wielkiej niesprawiedliwości". Niesprawiedliwości, dodajmy, polegającej na tym, że przepisy zadziałały tak, jak miały zadziałać.

Gospodarze zawsze mieli lżej. To nie jest odkrycie. Korea Południowa w 2002 roku przeszła przez pół turnieju na sędziowskich kontrowersjach, o których do dziś krążą legendy. Argentyna w 1978 grała w atmosferze, o której lepiej nie pisać w felietonie sportowym. Gospodarz dostaje wygodniejsze terminy, przyjaźniejsze stadiony, publiczność, która niesie. To wpisane w koszt organizacji imprezy i wszyscy się na to godzą, mrucząc pod nosem. Ale jest różnica między przymykaniem oka a wyjmowaniem piłkarzowi czerwonej kartki z kieszeni po fakcie, na życzenie głowy państwa. 

Ktoś powie: przecież to już było. I będzie miał rację. W 1962 roku w Chile Garrincha, po genialnym półfinale z gospodarzami i dwóch strzelonych golach, nie wytrzymał ciągłego faulowania i kopnął chilijskiego obrońcę. Czerwień. Kartka oznaczała pauzę w finale z Czechosłowacją — dla Brazylii bez kontuzjowanego już Pelégo katastrofa. I wtedy ruszyła maszyneria: petycja podpisana przez samego prezydenta Chile, telefon prezydenta Peru do sędziego z prośbą, by „złagodził" relację, a na koniec urugwajski sędzia liniowy, który zasygnalizował faul, po prostu zniknął przed posiedzeniem komisji. Bez jego zeznań FIFA uznała, że dowodów brak, i anulowała zawieszenie. Garrincha zagrał w finale, Brazylia sięgnęła po mistrzostwo. Piękna, mętna historia rodem z Agathy Christie.

REKLAMA

Tyle że ta historia, im dłużej się jej przygląda, tym gorzej wypada dla FIFA w roku 2026 — nie lepiej. Bo w 1962 czerwona kartka w ogóle nie oznaczała automatycznego zawieszenia. Komisja dopiero głosowała, czy karę nałożyć, po wysłuchaniu sędziów. Istniał więc proceduralny listek figowy — furtka, przez którą (choćby i nieuczciwie) dało się przejść zgodnie z ówczesnymi przepisami. Dziś tej furtki nie ma. Pauza po czerwonej kartce jest automatyczna i nie podlega odwołaniu — Belgowie słusznie przypominają artykuł 66.4 kodeksu i artykuł 10.5 regulaminu mundialu, powtarzany drużynom na każdej odprawie przed meczem. FIFA nie znalazła luki. FIFA złamała własną żelazną zasadę i nazwała to „rocznym okresem próbnym". Sześć dekad po Garrinchy zrobiono to samo, tyle że bez nawet cienia proceduralnej przyzwoitości.

No właśnie. Bo cała ta sprawa nie jest o Balogunie. Jest o tym, że FIFA pod rządami Infantino stała się organizacją, która czyta, skąd wieje wiatr, i ustawia się do niego plecami. Prezydent federacji, który obwozi się z amerykańskim prezydentem jak z trofeum, nie musiał nawet dostawać polecenia — wystarczył sygnał. Turniej współorganizowany przez USA coraz bardziej wygląda jak turniej pod USA. Kartki, terminy, narracja, oprawa — wszystko zaczyna kręcić się wokół jednej drużyny i jednego oczekiwania: że gospodarz dojdzie tam, gdzie ma dojść, a przepisy się dostosują.

Dlatego w poniedziałkowy wieczór w Seattle cały świat futbolu — od Osló po Buenos Aires, od Brukseli po Warszawę — będzie trzymał kciuki za Belgów. Nie dlatego, że kocha Belgię. Dlatego, że jeszcze wierzy, iż o wyniku meczu powinno decydować boisko, a nie telefon. Bo jeśli tego wieczoru wygra drużyna, której gwiazdora wyprowadzono z boiska na czerwonej kartce, a potem wprowadzono z powrotem dekretem — przegramy wszyscy. Balogun, Infantino i cała reszta włącznie.

Gratulacje, Ameryko. Macie swojego napastnika z powrotem. A przy okazji  meczu z Belgią — cały świat przeciwko sobie.

Roman Piech

Udostępnij artykuł:

Komentarze (0)

Publikując komentarz, zgadzasz się na przetwarzanie podanej nazwy i treści, które będą widoczne publicznie. Zobacz Politykę prywatności.

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!