Emma Raducanu wyrasta na główną bohaterkę turnieju Queen's Club po tym, jak w sobotę dokonała nieprawdopodobnego wyczynu. Brytyjska tenisistka musiała rozegrać dwa mecze jednego dnia, by zameldować się w niedzielnym finale przed własną publicznością. Jak donoszą media, jej forma fizyczna i mentalna odporność zszokowały obserwatorów, zwłaszcza po trudnym okresie, jaki ma za sobą 23-letnia zawodniczka.
Sobota była dla Raducanu prawdziwym testem wytrzymałości. Z powodu wcześniejszych opadów deszczu, reprezentantka gospodarzy najpierw pokonała Kamillę Rakhimovą 6:3, 7:5, a zaledwie kilka godzin później rozbiła rozstawioną z numerem szóstym Ivę Jovic 6:2, 6:2. Zwycięstwo nad sklasyfikowaną na 19. miejscu w rankingu WTA rywalką otworzyło jej drogę do trzeciego finału w karierze, w którym zmierzy się z Donną Vekic. Raducanu podkreśla, że obecne sukcesy to efekt nowej filozofii pracy z trenerem Andrew Richardsonem.
Nowa tożsamość i powrót na szczyt w Londynie
Podczas konferencji prasowej zawodniczka odniosła się do porównań z jej dawną formą, która przyniosła jej światową sławę. Raducanu jasno dała do zrozumienia, że etap oglądania się za siebie ma już dawno za sobą. Wyciągnięte wnioski z licznych wzlotów i upadków pozwoliły jej zbudować zupełnie nową pewność siebie, która emanuje z niej na trawiastych kortach w Londynie. Tenisistka czuje, że odzyskała radość z gry, co bezpośrednio przekłada się na jej wyniki.
„Nie powiedziałabym, że to koniecznie stara Emma. Myślę, że to nowa Emma, ponieważ bierzesz wszystkie lekcje i doświadczenia, wszystkie wzloty i upadki. Rozumiesz znacznie lepiej, co się dzieje i co na ciebie działa. Powiedziałabym więc, że wróciłam i jestem lepsza” — przyznała z uśmiechem Raducanu. Te słowa odbiły się szerokim echem w brytyjskich mediach, sugerując, że zawodniczka w końcu odnalazła właściwy balans między presją a czystą sportową rywalizacją.
Dla Raducanu niedzielny finał ma wymiar symboliczny, ponieważ po raz pierwszy o tytuł zagra w swoim rodzinnym mieście. Wsparcie kibiców, którzy skandowali jej przydomek „Radders”, okazało się kluczowe w momentach kryzysowych, gdy zmagała się z problemami zdrowotnymi i koniecznością usztywnienia nogi. Tenisistka przyznała, że to właśnie adrenalina i bezwarunkowa wiara fanów pozwoliły jej przetrwać trudy sobotniego maratonu i wyeliminować jedną z najlepiej grających zawodniczek w tourze. Teraz cała uwaga skupia się na decydującym starciu o trofeum.
