Andy Murray wyrasta na głównego obrońcę tradycji Wimbledonu w obliczu nacisków na wydłużenie turnieju. Dwukrotny triumfator londyńskiej imprezy, który w tym roku powraca na korty SW19 w roli trenera Jacka Drapera, stanowczo sprzeciwia się pomysłowi dodania trzeciego tygodnia do harmonogramu. Jak donoszą media, legendarny Szkot obawia się, że zmiany, które wprowadziły już Australian Open i US Open, negatywnie wpłyną na komfort i prywatność zawodników.
Były lider rankingu ATP podkreśla, że specyfika Wimbledonu polega na jego intensywności, która przy dodatkowym tygodniu stałaby się dla tenisistów nie do zniesienia. Murray zwraca uwagę na wszechobecność kamer i brak miejsc, w których sportowcy mogliby odetchnąć od medialnego zgiełku. Jego zdaniem rozszerzenie formatu o tydzień kwalifikacyjny z udziałem publiczności na terenach dawnego pola golfowego może odebrać graczom ostatnie bastiony spokoju podczas najważniejszego startu w sezonie.
Murray walczy o prywatność i spokój zawodników
Szkot nie gryzie się w język, porównując sytuację tenisistów do innych dyscyplin sportu, gdzie standardy pracy są zupełnie inne. „Drużyny piłkarskie nie wpuszczają kibiców na swoje sesje treningowe, a kamery nie podsłuchują wszystkiego, co mówią trenerzy” – zauważył Murray w rozmowie z The Telegraph. Emerytowany gwiazdor ma nadzieję, że Aorangi Park pozostanie strefą zamkniętą, pozwalającą na przygotowania w pełnej izolacji od fanów i obiektywów, co jest kluczowe przy tak ogromnej presji.
Głos Murraya nie jest odosobniony, ponieważ podobne obawy wyraża młoda gwiazda amerykańskiego tenisa, Ben Shelton. Zawodnik z USA wprost nazywa US Open imprezą 21-dniową i sugeruje, że decyzje o wydłużaniu turniejów zapadają bez realnego udziału samych zainteresowanych. „Wiele osób z zewnątrz postrzega to po prostu jako kwestię pieniędzy” – stwierdził Shelton. Tegoroczny Wimbledon pozostaje jednak przy klasycznym formacie i potrwa od 29 czerwca do 12 lipca.
