McLaren, Mercedes oraz Red Bull złożyły oficjalne odwołania w sprawie przywrócenia Pierre’a Gasly’ego na podium Grand Prix Monako. Decyzja sędziów o anulowaniu kar dla kierowcy Alpine wywołała w padoku prawdziwe trzęsienie ziemi. Rywale nie zgadzają się z werdyktem, który ich zdaniem narusza zasady sportowej sprawiedliwości.
U podstaw sporu leży błąd techniczny Formula One Management przy pomiarze prędkości w alei serwisowej. Choć dane Alpine potwierdziły, że Gasly nie przekroczył 60 km/h, inne zespoły czują się pokrzywdzone. McLaren i Red Bull podkreślają, że zaufały oficjalnym odczytom FIA i potulnie odbyły swoje kary, tracąc cenne sekundy. Alpine jako jedyne zaryzykowało brak zjazdu do boksów, co teraz stawia ich w uprzywilejowanej pozycji względem reszty stawki.
Regulaminowy labirynt bez wyjścia
Sytuacja jest patowa, ponieważ przepisy nie przewidują mechanizmu cofania kar już odbytych na torze. McLaren w swoim oświadczeniu zaznacza, że sprawa uderza w integralność rywalizacji. Laurent Mekies z Red Bulla nie kryje irytacji obecnym stanem rzeczy. „Jesteśmy nieco zdezorientowani, ponieważ mówimy o karach niepodlegających odwołaniu, a ścigasz się z samochodami, które takie kary otrzymują i dostosowujesz do tego swoją jazdę” – przyznał szef zespołu w rozmowie ze Sky Sports F1.
Eksperci wskazują, że sprawa Gasly’ego otwiera puszkę Pandory. Jeśli sędziowie utrzymają swoją decyzję, zespoły mogą przestać respektować polecenia sędziowskie w trakcie wyścigu, licząc na późniejsze analizy danych. „Wierzymy, że ta sprawa rodzi ważne pytania dotyczące sprawiedliwości sportowej i spójności regulacyjnej” – czytamy w komunikacie McLarena. Losy podium w Monako wciąż pozostają niepewne, a FIA musi zmierzyć się z największym kryzysem wizerunkowym tego sezonu.
