Alexander Zverev wygrał kolejny wyniszczający pojedynek podczas tegorocznego US Open, ale jego pomeczowa ocena była wyjątkowo surowa. Niemiec pokonał Quentina Halysa 6:4, 4-6, 7-6(3), 6-7(3), 6-3, kończąc spotkanie o godzinie 2:15 nad ranem czasu lokalnego. Był to już drugi z rzędu pięciosetowy maraton najwyżej rozstawionego zawodnika w Nowym Jorku.
„Szczerze mówiąc, ten występ był gówniany, ale wygrałem i to jest najważniejsze” — przyznał bez ogródek Alexander Zverev. Tenisista podkreślił, że ciężkie treningi na siłowni i bieżni służą właśnie temu, by przetrwać takie momenty, gdy gra nie układa się idealnie. Niemiec spędził na korcie już łącznie 9 godzin i 26 minut w zaledwie dwóch rundach, co czyni go pierwszym turniejową „jedynką” w Erze Open, która rozpoczęła Wielki Szlem od dwóch pięciosetówek.
Mimo ogromnego zmęczenia, drabinka turniejowa zaczyna sprzyjać reprezentantowi Niemiec. W trzeciej rundzie zmierzy się z Alejandro Tabilo, a dzięki porażkom takich graczy jak Lorenzo Musetti, Felix Auger-Aliassime czy Alex de Minaur, Zverev nie trafi na rywala z czołowej dwudziestki rankingu aż do ćwierćfinału. Tam potencjalnymi przeciwnikami mogą być Learner Tien lub Jakub Mensik, co otwiera realną szansę na daleki awans mimo fatalnego początku pod względem fizycznym.
Sytuacja Zvereva jest bezprecedensowa, jeśli zestawić ją z osiągnięciami innych faworytów z przeszłości. Przykładowo, Carlos Alcaraz w drodze do zeszłorocznego półfinału spędził na korcie niemal tyle samo czasu, co Niemiec w zaledwie dwóch meczach. Choć droga do finału wydaje się teoretycznie łatwiejsza, wciąż nie wiadomo, czy liderowi rozstawienia wystarczy sił na kolejne starcia, zwłaszcza że w dolnej połówce drabinki wciąż znajdują się tacy gracze jak Daniił Miedwiediew czy Ben Shelton.
