Przez miesiące był symbolem rozczarowania — najdroższym transferem w historii, który nie potrafił wyjść ze strefy własnych błędów. Marek Papszun jednak niezmiennie obstał przy swoim zawodniku, a teraz jego „żołnierz” coraz częściej mu się odwdzięcza.
W 32. minucie meczu z Pogonią Mileta Rajović wykorzystał błąd bramkarza Cojocaru i otworzył wynik dla Legii. Po przerwie, przy asyście Rafała Adamskiego, dołożył drugie trafienie. To kolejny dobry występ tego zawodnika – podczas przerwy reprezentacyjnej zaliczył hat-tricka w sparingu z FC Riga.
Papszun po spotkaniu w Szczecinie nie ukrywał satysfakcji — choć tę, jak zaznaczył, lokuje przede wszystkim po stronie drużyny.
„Cieszę się, że to akurat dzisiaj on zdobył [bramki], bo wiemy, z jaką krytyką musiał się mierzyć — mniej czy bardziej uzasadnioną, to już jest dyskusyjne" — mówił szkoleniowiec stołecznej ekipy.
Trener wyraźnie oddzielił indywidualny sukces napastnika od priorytetu, którym pozostaje wynik Legii jako całości.
„Jeżeli Mileta będzie grał tak jak dziś, a nie będzie strzelał bramek, ale Legia będzie wygrywała, to też będzie dobrze. Natomiast jak coś dołoży, będzie jeszcze lepiej" — dodał.
Rajović trafił do Legii z Watfordu za około 3 miliony euro. Wiązano z nim bardzo duże nadzieje, ale zamiast potwierdzić tę wycenę, Duńczyk szybko stał się bohaterem nagrań ze zmarnowanych sytuacji, które krążyły po mediach społecznościowych.
Papszun konsekwentnie ignorował zewnętrzną presję. Rajović stopniowo zaczął odwdzięczać się wynikami: najpierw gol z Cracovią w marcu, następnie hat-trick w sparingu z Rygą podczas przerwy reprezentacyjnej. Bilans sezonu — 10 bramek w 37 meczach we wszystkich rozgrywkach, z czego sześć w Ekstraklasie — to efekt procesu, który trener opisał bez cienia wątpliwości:
„Wierzyłem, że taka konsekwentna praca i wsparcie jego osoby przyniesie efekty".
Mecz z Pogonią był tego potwierdzeniem. Rajović zaś, jak ujął to sam Papszun, robi dokładnie to, czego klub oczekuje od każdego zawodnika:
„Musi się poświęcić, musi się oddać drużynie. Mileta tak robi".
