Od momentu przejęcia Widzewa Łódź przez Roberta Dobrzyckiego wokół klubu narosło przekonanie, że może on wygrać niemal każdy wyścig o zawodnika czy działacza dzięki ogromnym możliwościom finansowym. Najnowsze informacje pokazują jednak, że rzeczywistość jest nieco bardziej złożona.
Potwierdzeniem tego mogą być kulisy zatrudnienia Artura Płatka. Były doradca zarządu Rakowa Częstochowa ostatecznie dołączył do Widzewa, ale – jak ujawnił Mateusz Borek – pod względem podstawowego wynagrodzenia mógł zarobić więcej w... Jagiellonii Białystok.
– Rozmawiał z Jagiellonią Białystok, tam z pewnością mógł liczyć na lepsze pieniądze niż te bazowe, startowe w Widzewie Łódź – powiedział dziennikarz.
Dlaczego więc wybrał Łódź? Zdaniem Borka decydujące okazały się inne argumenty. Widzew przedstawił projekt oparty nie tylko na pensji, ale również na systemie premiowym i perspektywie dalszego rozwoju klubu. Istotne znaczenie miała także możliwość ponownej współpracy z Łukaszem Masłowskim, który objął stanowisko dyrektora pionu sportowego.
To pokazuje, że choć Widzew nadal dysponuje bardzo dużym budżetem, nie oznacza to automatycznie, że każdemu oferuje najwyższe wynagrodzenie w Ekstraklasie. W ostatnich miesiącach wokół klubu powstał wizerunek miejsca, w którym pieniądze nie stanowią problemu i można przebić każdą ofertę. Przykład Płatka wskazuje jednak, że nie zawsze tak wygląda rzeczywistość. Tym bardziej, iż Dobrzycki od pewnego czasu zapowiadał walkę z finansowym „rozdawnictwem”.
Nie oznacza to oczywiście, że Widzew znajduje się wśród ekstraklasowych średniaków pod względem biznesowym. Klub pozostaje jednym z najaktywniejszych graczy na rynku, a dzięki wsparciu właściciela może pozwolić sobie na ambitne projekty sportowe. Widać jednak, że nie każda decyzja personalna jest wygrywana wysokością pensji.

