W Legii bez taryfy ulgowej. Czy to lekarstwo na kryzys formy?

Maksymilian KotowskiMaksymilian Kotowski
29 stycznia 2026 09:30
W Legii bez taryfy ulgowej. Czy to lekarstwo na kryzys formy?

Kamil Piątkowski nie uznaje kompromisów. Jeśli gra z młodszą siostrą w karty, partia kończy się dopiero wtedy, gdy on wygra. Jeśli wychodzi na boisko w barwach Legii Warszawa, cel jest identyczny. Choć „Wojskowi” zimują na kompromitującym 17. miejscu w tabeli, obrońca jasno deklaruje: przyjechał tutaj po mistrzostwo. Bez względu na to, jak nierealnie brzmi to dzisiaj dla kibiców.

Przetrwają tylko najsilniejsi

Legia ma za sobą intensywną zimę. Dwa tygodnie w hiszpańskim Mijas, sparingi z wymagającymi rywalami jak Sparta Praga czy Sigma Ołomuniec i przede wszystkim dokręcanie śruby przez Marka Papszuna. Piątkowski, który z trenerem pracował już w Częstochowie, doskonale wie, że w tym systemie przetrwają tylko najsilniejsi psychicznie.

Świadomość Piątkowskiego to efekt twardego lądowania w dorosłości. Jako 13-latek opuścił dom, by zamieszkać w bursie. Sam przyznaje, że jako nastolatek z pieniędzmi i brakiem kontroli rodziców, stał na rozdrożu.

„Miałem tak naprawdę dwa kierunki. Jeden z nich doprowadził mnie do miejsca, w którym jestem teraz. Ten drugi mógł zakończyć moją karierę. Szybko musiałem stać się dojrzały” – przyznaje defensor. Ta wczesna samodzielność ukształtowała go jako indywidualistę, który rzadko słucha rad innych, ufając przede wszystkim własnej intuicji.

Rodzinna tragedia w życiu piłkarza Legii

Jego kariera to nie tylko pasmo sukcesów, ale też seria bolesnych ciosów, o których rzadko mówi się w świetle jupiterów. Śmierć babci tuż przed wylotem do Salzburga i strata kuzyna, którego traktował jak brata, w momencie transferu do Belgii, wystawiły jego psychikę na ekstremalną próbę.

„To są ciężkie chwile. Spędzasz z kimś całe życie, a na drugi dzień tej osoby już nie ma. Załamałem się, gdy usłyszałem o kuzynie. Musiałem działać, robić coś ze sobą, rozwijać się. Trenowałem głowę, aby mój mental cały czas rósł” – wspomina Piątkowski.

Piątkowski i jego „chora” ambicja

Ambicja Piątkowskiego bywa nazywana „chorą”, ale on sam woli określenie „najlepsza wersja siebie”. Nie odpuszcza nikomu – nawet przy świątecznym stole.

„Na święta graliśmy całą rodziną w remika. Szybka partia zakończyła się dopiero wieczorem, gdy to ja zostałem zwycięzcą. Nawet przy głupich kartach nie odpuszczę. Młodszej siostrze wypadałoby czasem pozwolić wygrać, ale traktuję to jako lekcję” – mówi bez ogródek.

Co ciekawe, ten boiskowy twardziel, który kocha adrenalinę za kierownicą szybkiego auta, panicznie boi się latać. Lęk wysokości sprawia, że każde 15 minut wznoszenia się samolotu to dla niego walka o spokój. To jeden z niewielu momentów, kiedy traci kontrolę, którą tak bardzo ceni w życiu i na murawie.

Żołnierz trenera Papszuna

Powrót Marka Papszuna na ławkę trenerską to dla Piątkowskiego powrót do korzeni. Ich wspólna praca w Rakowie trwała dwa i pół roku – czas, który ulepił go jako profesjonalistę. Obrońca broni metod trenera, które dla wielu mogą wydawać się zbyt surowe.

„Trener Papszun chce cię nauczyć i zna sposób, aby tego dokonać. Ty jako zawodnik musisz to mentalnie wytrzymać. Ta konsekwencja i dyscyplina ma przygotować piłkarza do presji, której doznajesz podczas meczu” – twierdzi zawodnik.

Legia po zimowych przygotowaniach ma być zespołem bardziej zorganizowanym i odpowiedzialnym. Piątkowski, który sam przeszedł drogę od błędów w meczu z Zagłębiem Lubin – gdzie pechowy samobój i czerwona kartka wystawiły jego psychikę na próbę – do roli lidera, wie, że w Warszawie margines błędu przestał istnieć. Cel na nadchodzące miesiące jest jasny i wykrzyczany bez wahania: zdrowie i mistrzostwo Polski. Przy Łazienkowskiej nikt nie zakłada innego scenariusza.

Udostępnij artykuł:

Komentarze (0)

Publikując komentarz, zgadzasz się na przetwarzanie podanej nazwy i treści, które będą widoczne publicznie. Zobacz Politykę prywatności.

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!