Serena Williams wyrasta na postać, która może zmusić organizatorów Wimbledonu do złamania ich własnych, rygorystycznych zasad przyznawania dzikich kart. Trzeci turniej wielkoszlemowy w roku stoi przed logistycznym i wizerunkowym wyzwaniem. Jak donoszą media, walka o przepustki do turnieju głównego jeszcze nigdy nie była tak zacięta.
Tradycyjnie Wimbledon rezerwuje 16 dzikich kart głównie dla brytyjskich zawodników, promując lokalne talenty. W zeszłym roku jedynym wyjątkiem była Petra Kvitova. Teraz sytuacja jest inna, bo o prawo gry ubiegają się legendy tenisa. Serena i Venus Williams wracają do akcji na trawiastych kortach, a ich obecność w drabince jest dla turnieju priorytetem, nawet kosztem reprezentantów gospodarzy. To stwarza realne zagrożenie dla młodych gwiazd z Wielkiej Brytanii.
Kolejka legend po dzikie karty
Lista chętnych jest długa i pełna nazwisk, które kończą kariery w 2026 roku. Gael Monfils, David Goffin, Kei Nishikori, Stan Wawrinka i Roberto Bautista Agut liczą na specjalne traktowanie. Do tego dochodzą gracze tacy jak Grigor Dimitrov czy Matteo Berrettini, którzy wypadli poza pierwszą setkę rankingu. Presję potęguje Maja Chwalińska, która po półfinale Roland Garros również poprosiła o dziką kartę do Londynu.
Brytyjski tenis może na tym ucierpieć najbardziej. W pierwszej setce rankingów znajduje się tylko jeden mężczyzna i trzy kobiety z tego kraju. Zawodnicy tacy jak Jack Draper, zajmujący 111. miejsce, czy młoda Mika Stojsavljevic, która błysnęła w Billie Jean King Cup, mogą zostać pominięci. Wimbledon musi zdecydować, czy postawić na globalne ikony i marketing, czy pozostać wiernym tradycji wspierania własnych graczy.
