Kwalifikacje do Grand Prix Kanady okazały się dla Red Bulla wyjątkowo trudną przeprawą. Max Verstappen wywalczył dopiero szóste miejsce na starcie, ale to nie wynik budzi największe emocje, lecz kulisy pracy w garażu. Holender przez radio zgłaszał problemy z dogrzaniem opon oraz brak prędkości maksymalnej, co sprawiło, że cała sesja była dla niego niemal niemożliwa do zrozumienia.
Verstappen wyjawił po wyjściu z bolidu, że zespół zdecydował się na kierunek ustawień, którego on sam nie popierał. Red Bull postawił na swoim, mimo wyraźnych sugestii czterokrotnego mistrza świata. Kierowca przyznał, że pozwolił inżynierom na ten eksperyment tylko po to, aby sami przekonali się o błędzie. Według niego auto prowadziło się źle przed sesją i ten stan utrzymał się do samego końca walki o pole position.
Bunt inżynierów i eksperymenty na mistrzu
Sytuacja jest o tyle nietypowa, że zazwyczaj to Verstappen ma decydujący głos w kwestiach technicznych. Tym razem zespół był jednak przekonany do swojej wizji, co doprowadziło do kuriozalnej różnicy w ustawieniach między bolidami. Podczas gdy Isack Hadjar otrzymał inną konfigurację, mistrz świata stał się królikiem doświadczalnym. Holender podkreślił, że nie interesuje go walka o siódme miejsce, a jedynie zwycięstwa, co czyni obecną sytuację nieakceptowalną.
Frustracja kierowcy narastała z każdym okrążeniem, zwłaszcza że zespół nie potrafił wyjaśnić problemów z systemem ERS i brakiem przyczepności. Verstappen ma nadzieję, że po tak nieudanej sesji inżynierowie wyciągną wnioski i przestaną ignorować jego wskazówki w przyszłości. Cały weekend w Montrealu pokazał, że nawet dominujący zespół może pogubić się w poszukiwaniu optymalnych rozwiązań, jeśli nie słucha swojego lidera.
