Sevilla wyrasta na jednego z głównych kandydatów do spadku z LaLiga. Klub, który przez ostatnie dwie dekady kojarzył się całemu światu z seryjnym podnoszeniem trofeum Ligi Europy, teraz stoi na skraju przepaści. To może być ich pierwsze pożegnanie z elitą od początku stulecia.
Kryzys w stolicy Andaluzji ma wiele warstw. Na szczycie trwa wyniszczająca wojna domowa o władzę między byłym prezesem Jose Marią del Nido a jego własnym synem. Ten rodzinny spór wciągnął klub w medialne bagno i sparaliżował procesy decyzyjne. Dawna stabilność, która pozwalała budować potęgę na Estadio Ramon Sanchez Pizjuan, jest już tylko wspomnieniem, a klubowe finanse obciążają kontrakty zawodników, których nikt nie chce kupić.
Koniec ery cudotwórców w Sewilli
Nawet legendarny dyrektor sportowy Monchi stracił swój dar do wyszukiwania nieoszlifowanych diamentów. Piłkarze tacy jak Dani Alves czy Ivan Rakitic, kupowani za grosze i sprzedawani za miliony, budowali konkurencyjność zespołu przez lata. Dziś kadra Sevilli jest przepłacona i sportowo nie odstaje od ligowych średniaków. Brak dopływu świeżej krwi z zaniedbanej akademii, która kiedyś wydała na świat Sergio Ramosa czy Jesusa Navasa, dopełnił obrazu nędzy.
Kibice w Sewilli długo żyli w przekonaniu, że ich klub na stałe dołączył do hiszpańskiej hierarchii obok Realu Madryt czy Atletico Madryt. Rzeczywistość okazała się brutalna. Podczas gdy lokalny rywal, Real Betis, przeżywa swoje złote chwile, Sevilla ma zaledwie kilka tygodni, by udowodnić, że wciąż drzemie w niej duch dawnego mistrza. Zegar tyka, a widmo gry na zapleczu LaLiga jest bliżej niż kiedykolwiek wcześniej.
