Niels Frederiksen stanowczo odcina się od określania obecnych rozgrywek mianem szalonego sezonu, nazywając je raczej wyjątkowymi ze względu na niezwykle małe różnice punktowe w czołówce tabeli oraz specyficzną charakterystykę ligi. Szkoleniowiec Kolejorza, mimo zwycięstwa 3:0 nad Piastem Gliwice, zaznacza, że jego zespół wciąż zajmuje w tabeli sprawiedliwości wyższe miejsce niż w tej rzeczywistej, co zmusza drużynę do dalszej pogoni za liderami.
Zwycięstwo nad Piastem Gliwice pozwoliło Lechowi zbliżyć się do ścisłej czołówki, jednak trener Frederiksen patrzy na sytuację w lidze przez pryzmat liczb, które nie zawsze korelują z oficjalnym zestawieniem. Szkoleniowiec przyznał, że analizuje statystyki punktów oczekiwanych, które dają mu inny obraz rywalizacji.
— Czasem patrzę w taką tabelę, którą nazywam „tabelą sprawiedliwości”. Ona odnosi się do tego, ile powinieneś mieć punktów, jaka jest liczba punktów oczekiwanych. W niej jesteśmy pierwsi, a przed tym meczem patrzyłem w realną tabelę i byliśmy na miejscu ósmym — wyliczał trener Koleorza. Frederiksen podkreślił również specyfikę Ekstraklasy:
Frederiksen podkreślił również specyfikę Ekstraklasy:
— Niekiedy mam takie poczucie, że nie warto mieć piłki przy nodze, nie warto aż tyle kreować, a wtedy łatwiej jest ci sięgnąć po zwycięstwo. Nasza średnia punktowa jest wciąż zdecydowanie zbyt niska i to się musi zmienić.
W kontekście personalnym trener musiał zmierzyć się z pytaniami o pozycję Patrika Walemarka. Okazuje się, że obecność Szweda w środku pola to efekt chłodnej kalkulacji wydolnościowej, a nie tylko wizji taktycznej.
— Głównym powodem, dla którego Patrik otrzymuje szansę na pozycji numer 10, jest to, że wymaga ona od niego nieco mniej pod kątem fizycznym. Wiąże się to z mniejszą ilością biegania, przede wszystkim w momentach, kiedy nie mamy piłki. Szukamy dla niego oszczędności energetycznej — wyjaśnił Frederiksen.
Szkoleniowiec stanął również w obronie Agnero, który mimo niewykorzystanej sytuacji na początku meczu, ostatecznie wpisał się na listę strzelców.
— Często mierzymy występy napastników liczbą goli, ale oni mają więcej zadań, jak wywieranie presji czy utrzymanie się przy piłce. Janiek wywiązał się z tego bardzo dobrze. Pamiętajmy, że napastnicy wchodzą na najwyższe obroty strzeleckie w wieku 26 czy 27 lat. On ma 23 lata i w każdym meczu dochodzi do sytuacji — podsumował Duńczyk.
Szkoleniowiec odniósł się także do swoich emocjonalnych reakcji przy linii bocznej, tłumacząc, że „szalał” przy bandach, ponieważ zespół zbyt szybko szukał decydującego podania, zamiast cierpliwie kontrolować mecz przy stanie 2:0.
