Real Madryt stoi przed szansą na pierwsze wybory prezydenckie od 20 lat, ale proces ten zamienia się w prawdziwy thriller. Enrique Riquelme oficjalnie zadeklarował chęć startu przeciwko Florentino Perezowi, jednak na jego drodze stanęły niespodziewane przeszkody finansowe. Czas ucieka, a termin zgłaszania kandydatur mija już w najbliższą sobotę.
Głównym problemem Riquelme jest uzyskanie gwarancji bankowej w wysokości 15 procent budżetu klubu, co w tym przypadku oznacza kwotę 187 mln euro. Choć biznesmen dysponuje pokaźnym majątkiem, czołowe hiszpańskie instytucje finansowe, takie jak Bank Hiszpanii, BBVA oraz Santander, odrzuciły jego wnioski bez podania przyczyny. Obecnie kandydat prowadzi gorączkowe negocjacje z kanadyjskim Scotiabankiem oraz andorskim Andbankiem, który posiada swoją siedzibę na terenie Hiszpanii, co jest wymogiem formalnym do zatwierdzenia kandydatury przez komisję wyborczą.
Poważne oskarżenia pod adresem Pereza
W mediach pojawiły się sensacyjne doniesienia sugerujące, że za problemami Riquelme stoi sam Florentino Perez. Jako szef ACS, największej firmy budowlanej w kraju, ma on utrzymywać bliskie relacje biznesowe z bankami BBVA i Santander. Pojawiły się głosy, że otoczenie obecnego prezesa Realu Madryt wywierało naciski na te instytucje, aby nie współpracowały z jego jedynym realnym konkurentem. Jeśli Riquelme nie dostarczy gwarancji do sobotniej nocy, Perez może pozostać na stanowisku bez konieczności przeprowadzania głosowania.
Komisja wyborcza ma podjąć ostateczną decyzję o zatwierdzeniu lub odrzuceniu kandydatury Riquelme w niedzielę. Jeśli dokumenty zostaną uznane za poprawne, oficjalne wybory zostaną ogłoszone w ciągu kolejnych dwóch tygodni. Riquelme jest jedną z nielicznych osób spełniających rygorystyczne wymogi statutowe, obejmujące posiadanie hiszpańskiego obywatelstwa oraz co najmniej 20-letni staż jako członek klubu. Cała społeczność Madrytu czeka teraz na ruch banków, który zadecyduje o przyszłości władz na Santiago Bernabeu.
