Formuła 1 wprowadza drastyczną zmianę tuż przed Grand Prix Australii. Kierowcy otrzymają dodatkowe pięć sekund na przygotowanie jednostek napędowych przed zgaśnięciem czerwonych świateł. To bezpośrednia odpowiedź na problemy z nowymi turbosprężarkami, które bez systemu MGU-H reagują znacznie wolniej.
Nowa procedura zakłada, że po pojawieniu się zielonej flagi na tyłach stawki, na głównej tablicy rozbłyśnie niebieski panel. Dopiero po pięciu sekundach rozpocznie się standardowe odliczanie. Ma to zapobiec masowemu włączaniu się systemów anty-stall, które groziły paraliżem startu. Kierowcy z końca stawki zyskają czas na rozkręcenie turbin do odpowiednich obrotów, co wcześniej było niemożliwe przez brak energii z odzysku ciepła. Decyzja zapadła po testach w Bahrajnie, gdzie większość ekip miała ogromne trudności z płynnym ruszeniem.
Ferrari wyprzedziło konkurencję
Sytuacja wywołuje spore napięcie w padoku, ponieważ Ferrari wydaje się najlepiej przygotowane do nowych realiów. Fred Vasseur przyznał, że zespół z Maranello przewidział ten problem znacznie wcześniej i zaprojektował mniejszą turbosprężarkę. Dzięki temu włoskie bolidy zachowują przewagę przy starcie, podczas gdy Mercedes i inni rywale wciąż szukają optymalnych ustawień. Andrea Kimi Antonelli otwarcie przyznaje, że mimo ułatwienia w postaci niebieskiego panelu, dogonienie Ferrari pod względem efektywności startu wymaga jeszcze ogromu pracy w garażu Mercedesa.
To nie koniec modyfikacji na torze Albert Park. FIA oficjalnie zakazała używania systemów aktywnej aerodynamiki aż do momentu pokonania pierwszego zakrętu, co ucina spekulacje o ich wykorzystaniu podczas sprintu do „jedynki”. Dodatkowo przy wyjściu z szóstego łuku pojawił się pas trawy. Ma on ograniczyć nanoszenie żwiru na nitkę toru przez wyjeżdżające poza krawężnik bolidy. Wszystkie te zmiany mają sprawić, że niedzielny wyścig będzie bezpieczniejszy, choć dla wielu inżynierów oznaczają one walkę z czasem i procedurami, których dotąd nie znali.
