Alexander Zverev nie jest już najlepszym tenisistą bez wielkoszlemowego tytułu. Niemiec zakończył lata sportowych upokorzeń i po trzech przegranych finałach w końcu wzniósł puchar na kortach im. Rolanda Garrosa. W decydującym starciu pokonał Flavio Cobolliego 6:1, 4-6, 6-4, 6-7, 6-1, stając się pierwszym niemieckim triumfatorem paryskiego szlema w erze Open.
Finałowy pojedynek był dla Zvereva prawdziwym rollercoasterem emocjonalnym. Zawodnik przyznał, że w czwartym secie zmagał się z bolesnymi skurczami, które miały podłoże psychiczne. Był tak spięty i niestabilny emocjonalnie, że jego ciało odmówiło posłuszeństwa. Paradoksalnie to właśnie ból pozwolił mu wygrać. Gdy przestał kontrolować każdy ruch i zaczął uderzać piłkę swobodniej, zdominował piątego seta. Po meczu, siedząc obok trofeum, wypalił szczerze przed dziennikarzami, że zdążył już nieco świętować i jest „trochę pijany”.
Historyczny triumf w cieniu dawnej tragedii
Dla Zvereva korty w Paryżu mają szczególne znaczenie. To tutaj przeżył najtrudniejsze chwile w karierze, w tym koszmarną kontuzję, która postawiła jego przyszłość pod znakiem zapytania. Niemiec podkreślił, że widok ojca cieszącego się na trybunach był momentem, w którym dotarła do niego ranga sukcesu. Wygrana ma wymiar historyczny dla całych Niemiec, które czekały na męskiego mistrza wielkoszlemowego od 1996 roku, kiedy Boris Becker triumfował w Australian Open.
Kluczem do zwycięstwa okazał się serwis, nad którym tenisista pracował latami po bolesnej porażce w finale US Open 2020. Zverev zaznaczył, że ten tytuł daje mu upragnioną wolność psychiczną. Teraz, jako mistrz wielkoszlemowy, zamierza podchodzić do kolejnych turniejów z dużo spokojniejszą głową. Sukces zadedykował swojej rodzinie i zespołowi, z którym współpracuje niezmiennie od dwunastu lat, podkreślając, że na ten puchar zapracowali wszyscy wspólnie.
