Rafael Nadal oficjalnie zabrał głos w narastającym sporze o pieniądze w światowym tenisie. Hiszpan otwarcie sprzeciwił się postulatom, które forsuje Novak Djoković oraz inne gwiazdy dyscypliny, jak Jannik Sinner czy Aryna Sabalenka. Podczas gdy czołowi zawodnicy domagają się udziału w przychodach generowanych przez turnieje Wielkiego Szlema, Nadal uważa, że takie żądania idą za daleko.
Konflikt przybrał na sile podczas tegorocznego French Open, gdzie tenisiści w ramach protestu ograniczyli konferencje prasowe do 15 minut. To symboliczna walka o 15 procent przychodów, które obecnie trafiają do graczy, podczas gdy organizacje ATP i WTA przekazują im około 22 procent. Mimo że pula nagród na Roland Garros wzrosła do ponad 61,7 mln euro, a Wimbledon ogłosił rekordowy wzrost o 10,7 mln funtów, zawodnicy wciąż czują się niedoceniani finansowo.
Nadal proponuje dziesięć lat spokoju zamiast walki o procenty
Emerytowany mistrz, który zakończył karierę w listopadzie 2024 roku, widzi sprawę zupełnie inaczej niż jego dawni rywale z kortu. Nadal twierdzi, że obecne tempo wzrostu płac w tenisie i tak przewyższa standardy rynkowe w innych zawodach. Jego zdaniem kluczem do zakończenia sporów jest podpisanie długoterminowych umów gwarantujących stały, procentowy wzrost nagród rok do roku, co zapewniłoby obu stronom niezbędną stabilność.
„Nie sądzę, aby gracze powinni dzielić się przychodami z turniejów. Znajdźcie porozumienie i trzymajcie się go. Podpiszcie umowę na 10 lat, abyśmy mieli 10 lat spokoju” – stwierdził stanowczo Rafael Nadal. Hiszpan podkreślił, że organizatorzy ponoszą ogromne koszty inwestycji przez cały rok, podczas gdy tenisiści jedynie przyjeżdżają na zawody, odbierają czeki i wracają do domów. Według niego prestiż Wielkich Szlemów budowany przez dekady daje im prawo do zarządzania własnymi zyskami.
